Blog > Komentarze do wpisu
Część 6. Jesteśmy na Bałtyku!

Ciąg dalszy wpisu.

20.11.07, 15:25 

O dziesiątej rano (poniedziałek 19 listopada) wyruszyliśmy w drogę i ok. 11-tej w końcu wpłynęliśmy na Bałtyk.

 

         

 

Wyszliśmy na zatokę Kieler Bucht i tam popełniliśmy błąd dnia.
Na moich mapach jachtowych, akurat na trasie, którą planowaliśmy płynąć, znajduje się oznaczony bojami obszar „military cośtam” (nasza znajomość niemieckiego okazała się nie dość dobra, żeby zrozumieć to „cośtam”). Ale na mapie, którą do mojego notebooka wgrał Tomek, takiego obszaru nie było. Tomek zawierzył swojej mapie i dzielnie wpłynęliśmy w głąb tego obszaru. Na widnokręgu kręciły się co prawda jakieś okręty marynarki wojennej, ale gdzie się nie kręcą?! Wiała piątka, w porywach do szóstki, i dzielnie posuwaliśmy się do przodu ostrym bejdewindem, gdy nagle po dwóch godzinach podpłynął do nas jakiś ichni wojskowy kuter i przez UKF-kę poinformował, że mamy spieprzać na północ, bo za chwilę będą tu ćwiczyć ostre strzelanie. OK., no to spieprzyliśmy na północ, przy okazji rujnując cały plan dnia. Gdybyśmy bowiem przewidzieli, że ktoś nas zechce pogonić, to popłynęlibyśmy południową granicą tego dziwnego obszaru. Północna trasa była nie tyle dłuższa, co mniej korzystna jeśli chodzi o kierunek wiejących wczoraj wiatrów, które zaczynając od EES, miały przejść w ciągu dnia w SE, a jako cel tego etapu naszej podróży (we wtorek Tomek musiał już koniecznie być z powrotem w pracy!) wybraliśmy Heiligenhafen pod wyspą Fehmarn. Płynąc drogą północną nie mogliśmy (z powodu przeciwnego wiatru) kierować się prosto na wschód, i odpadaliśmy trochę na północ, a kiedy przyszło nam w końcu skręcić na południowy wschód, to akurat zaczął nam wiać wiatr prosto w pysk. W przypadku drogi południowej, na początku mielibyśmy o wiele krótszy odcinek do halsowania pod wiatr, zaś po południu wiatr SE dałby nam doskonałego bajdewinda.

Nic to, około 23-ciej dopłynęliśmy do zatoki nad mariną w Heiligenhafen. Tomek w desperacji (*) włączył silnik ciut za wcześnie, bo owszem dzięki temu zyskaliśmy trochę na wysokości, ale płynęliśmy pod wiatr i robiliśmy tylko około 3 węzłów, podczas gdy wcześniej na żaglach robiliśmy około 6-ciu węzłów, tyle że ok. 30 stopni w bok.

(*) bo w nocy powinien był ostrzyć narzędzia dla swoich klientów, których przetrzymał ponad tydzień, i dla których brak narzędzi może oznaczać zatrzymanie produkcji…

 

W każdym razie około wpół do 1-szej nad ranem minęliśmy światło sektorowe i wzięliśmy kurs na nabieżnik do wejścia do portu. I tutaj (nie zgadniecie!) silnik znowu zdechł. Zdryfowaliśmy poza tor, rzuciliśmy kotwicę, ale tym razem Tomkowi nie udało się już go uruchomić. Po około 40 minutach stwierdził, że paliwo nie dochodzi do filtra
znajdującego się przy zbiorniku rozchodowym. Pewnie zapchała się rurka…

 

Tym razem wiatr nam sprzyjał, bo tor prowadził na zachód, więc podnieśliśmy kotwicę, rozwinęliśmy mały trójkącik genui i wczołgaliśmy się do portu. Płynęliśmy w tempie żółwia, bo owszem mieliśmy przed sobą piękny nabieżnik (dwa światełka, które musisz widzieć pionowo jedno nad drugim, i gdy dolne, wysunięte do przodu, przesuwa się w lewo, to znaczy, że zboczyłeś w prawo i szybko trzeba skręcić w lewo, i na odwrót), ale tor oznaczony był nieoświetlonymi bojami, które trudno po nocy wyślepić, nawet przez lornetki . Jakoś jednak trafiliśmy, doszliśmy do pierwszego nabieżnika, skręciliśmy w kierunku kolejnego i dotarliśmy do naszej mariny. Córka wyszukała ją wcześniej w internecie, zadzwoniła do ich hafenmeistera w ciągu dnia i uprzedziła, że przypłyniemy wieczorem. Dzięki temu dowiedzieliśmy się, że mamy stanąć przy pomoście 1B, 1C, lub 1D, bo tam można podłączyć się do prądu. Bardzo nam to pomogło w nocy, bo gdy zobaczyliśmy oznaczenia 1B i 1C, to wiedzieliśmy już, że jesteśmy na miejscu. I o wpół do drugiej (córka czekała na nas od osiemnastej :) zacumowaliśmy do dalb przy 1C 22.


 
I tam sobie SAM stoi sam, czekając aż do niego przyjedziemy za około 2 tygodnie, aby go poprowadzić w dalszą drogę do Szczecina. A więc to jeszcze nie koniec! :-)

Rano jadę do Heiligenhafen :-)

22.11.07, 19:23 
 
Wczoraj udało mi się dodzwonić do hafenmeistra mariny w Heiligenhafen, w której pozostawiłem SAM-a, i był on tak uprzejmy, że umówił mnie na jutro (piątek 23.11.07) w lokalnej stoczni jachtowej, która przejrzy układ paliwowy.
A przy okazji również ogrzewanie gazowe, które zdechło po 3 nocach intensywnego ogrzewania kabiny...

Jadę tam jutro rano, i jak dobrze pójdzie wrócę wieczorem. Jak się przeciągnię, to przenocuję na łodzi i wrócę w sobotę.

Byłem i wróciłem. 850 km w obie strony :-)

/Dotarłem na miejsce tuż po jedenastej. Hafenmeister znalazł mi rybaka, który podjął się zaholowania łódki do stoczni, jak tylko skończy jakieś drobne robótki na swojej łodzi. Skończył je o 12.30 i ok. 13.30 zacumowaliśmy Sama w stoczni i ok. 14.00 wzięliśmy się za naprawę./  


23.11.07 22:26

Niemcy kończą pracę o 17-tej, więc nie było co tam dłużej robić. Niestety silnik ciągle nie odpalił. Będą kontynuować jego naprawę/przegląd w poniedziałek...

/W stoczni przydzielono mi mechanika Polaka, spod Pyrzyc, który pracuje w Heligenhafen od 6 lat. Miło, przynajmniej mogłem porozmawiać i zorientować się co i dlaczego robimy. No więc wymontował on i oczyścił z osadów zbiornik rozchodowy diesla, który znajduje się w achterpiku, wymienił wkład filtra przy tym zbiorniku (filtr był całkowicie zaklejony osadami diesla) oraz stare przewody paliwowe na nowe. Sprawdził filtr przy pompie, podpompował paliwo i odpowietrzył system. To znaczy, do końca dnia nie udało nam się dokończyć odpowietrzania, bo paliwo dochodziło do filtra przy pompie, ale już nie do wtryskiwaczy./


niedziela, 25 listopada 2007, taziuta

Polecane wpisy