Blog > Komentarze do wpisu
Część 5. Kanał Kiloński i kolejna awaria...

Przejście przez Kanał Kiloński

 

20.11.07, 15:25

Jak pamiętacie, poprzedni odcinek mojej relacji zakończyłem na nocnym postoju na 21 kilometrze Kanału Kilońskiego. Kolejny zacznę więc od pobudki o szóstej rano (i nie będę nic wspominał o ilości wypitego przez nas wina, najpierw shiraz'a, a potem syrah'a, dla porównania ich smaku, bo relację tę być może będą też czytać jacyś młodociani :) . Tak więc kawa, poranna toaleta nad umywalką 15x25 cm, i wyruszyliśmy w drogę przed siódmą, czyli jeszcze głęboką nocą.

 

Dzielnie sobie terkotaliśmy przez ok. 45 kilometrów, aż trochę za Rendsburgiem skręciliśmy w lewo w odnogę kanału, do mariny, w której zatankowaliśmy ropę. Weszło 60 litrów, a więc nie jest tak źle ze spalaniem przez ten silnik.  

 

 

Ten skok w bok wraz z tankowaniem zajęły nam ponad godzinę cennego czasu dziennego, tak że zmrok złapał nas gdy nadal mieliśmy przed sobą jeszcze ok. 12 (z 97) kilometrów do końca kanału. Szybko sprawdziliśmy na mapie (tak na wszelki wypadek ponownego napotkania nadgorliwych Niemców), że ok. 4 km przed końcem kanału jest kotwicowisko, i płynęliśmy dalej. Gdy zbliżaliśmy się do kotwicowiska silnik zwolnił i zdechł. A za nami płynęło wielkie bydlę, które mogłoby nas zmiażdżyć, gdybyśmy dali mu się wessać(*)! Tym razem mieliśmy jednak resztkę szczęścia, bo po chwili silnik zapalił i dzielnie popchał nas dalej.

(*) – efekt kanałowej pompy ssąco-tłoczącej polega na tym, że w wąskich miejscach kanału, gdy płynie przez nie wielki statek, to środkiem pcha on przed sobą wodę, która bokami z kolei „zawraca” powodując silny prąd w przeciwnym kierunku. Tak, że płynąc na silniku z szybkością 8 km na godz., nasza łódka w momencie
wyprzedzania jej przez duży statek praktycznie stawała w miejscu. Bez silnika byłaby to dla nas mogiła (gdybyśmy nie zdążyli postawić żagli, i gdyby akurat wiatr był wybitnie niesprzyjający), bo mogłoby nas rzucić albo na kamienisty brzeg, albo na wyprzedzający nas statek…

Do śluzy dopłynęliśmy już dobrze po osiemnastej, czyli prawie 2 godziny po zmroku. Bosman na śluzie poinformował nas, że nie wolno małym łódkom pływać po kanale po zmroku, pogroził palcem i kazał obiecać, że już nigdy więcej!


 

Uff, wypłynęliśmy z Kanału Kilońskiego przed siódmą wieczór i ruszyliśmy w poszukiwaniu mariny, w której moglibyśmy się w końcu umyć. Znalazłem na mapie ładną i dużą, zaraz po prawej, po wyjściu z zatoki, ale Tomek wcześniej wypatrzył przy brzegu las masztów i stwierdził, że tu musi być jakaś dużą marina, w której na pewno też znajdziemy prysznice (tak jak to bez problemów bywało w Holandii). Łódce chyba pomysł Tomka też się spodobał, bo silnik znowu zdechł, właśnie na wysokości wypatrzonej przez niego mariny. Szybko rozwinęliśmy genuę i zaczęliśmy szukać dogodnego miejsca do zakotwiczenia. Znaleźliśmy je tuż przy wejściu do portu, w którym mieściła się ta wypatrzona marina i rzuciliśmy kotwicę. Tomek zwyczajowo zabrał się za odpowietrzanie silnika, ale tym razem niezbędny okazał się ponowny demontaż filtra i wymiana znajdującej się w nim zawiesiny na diesla. I silnik ruszył! Weszliśmy do mariny około 21-szej i okazało się, że wszystko w niej jest pozamykane na głucho. Ani toalet, ani pryszniców ani nawet możliwości podłączenia się do prądu. Zaproponowałem dalszą podróż do wcześniej wypatrzonej przeze mnie mariny, ale Tomkowie przekonali mnie, że tam pewnie jest tak samo, a tu na drzwiach do hafenmeistera jest informacja, że zaczyna on urzędować o siódmej rano, więc lepiej pozostać tu gdzie jesteśmy. Zgodziłem się (jak widać mam kłopoty z asertywnością :), i to był błąd. Bo o siódmej nikt się nie zjawił, a gdy pół godziny później zadzwoniłem na podany tam weekendowy telefon kontaktowy to się dowiedziałem, że hafenmeister przybędzie o ósmej. Nie przyszło mi do głowy zapytać, czy jak się zjawi, to prysznice zostaną otwarte… Do spotkania z hafenmeistrem doszło o wpół do dziewiątej i wówczas się dowiedzieliśmy, że wszystko jest już pozamykane na zimę, i że niestety nie będziemy tu mogli skorzystać z żadnych z przystaniowych wygód. Na pociechę dodał, że o 9-tej otwierają sklep jachtowy, który znajduje się na terenie tego samego obiektu co marina, czyli stoczni jachtowej w Laboe, i że tam są toalety. OK., zaczekaliśmy do 9-tej, skorzystaliśmy z toalet i doładowaliśmy w sklepie telefony (w nocy nawet do gniazdek nie było dostępu). A przy okazji porobiliśmy zakupy – dla Tomka i jego żony sklepy z ciuchami jachtowymi to jak sklepy z zabawkami dla dzieci… :-)

 

sobota, 24 listopada 2007, taziuta

Polecane wpisy