Blog > Komentarze do wpisu
Część 4. Naprawa silnika w Cuxhaven i wejście do Kanału Kilońskiego.

/W końcówce poprzedniego wpisu poszedłem szukać pomocy, czyli kogoś kto mógłby nas wciągnąć do portu rybackiego. Niestety ograniczenia bloxa nie zezwalają na tworzenie dłuższych wpisów, i stąd konieczność ich dzielenia.../




Okazało się, że tego dnia szczęście nam sprzyja (poza zdechniętym silnikiem, oczywiście! :), bo przy tymże samym nabrzeżu, do którego przycumowaliśmy, a właściwie przy jego końcu od strony morza, znajduje się baza holowników morskich. Takie wielkie bydlęta, które pomagają wprowadzać statki do portu. Wszystkie z wymalowaną na kominach literą W, jak Wolf, czyli ich właściciel.


Poszedłem i grzecznie zapukałem do ich biura, w którym zastałem pana Wolfa, który mnie równie grzecznie wysłuchał, a następnie wskazał na dwa holowniki, które właśnie coś wciągały do tego samego basenu, przy którym my cumowaliśmy, i powiedział, że jak tylko skończą, to jeden z nich nas poholuje. Super! Wróciłem na łódkę, przy której stał już samochód jakiegoś gościa z kapitanatu portu, z którym Tomek  zdążył wrócić z objazdu portu rybackiego, celem znalezienia miejsca do cumowania, jak już ktoś nas wciągnie do środka. Pan z kapitanatu, jak usłyszał, że będzie nas wciągał holownik firmy pana Wolfa, to zapytał czy wiemy, że nas to będzie kosztować cholerne pieniądze. Odpowiedziałem mu, że o pieniądzach pomiędzy gentelmanami nie ma mowy, ale nie sądzę, żeby cokolwiek nas to miało kosztować, bo pan Wolf na pewno nie omieszkałby nas uprzedzić.

OK., gość odjechał, a za chwilę podjechał do nas swoim wypasionym mercedesem pan Wolf, który zainteresował się, na czym polega nasz problem. Wyjaśniłem mu, jak również to, że lokalny przedstawiciel Volvo Penta już zdążył się poddać, bo nie mają takich części zamiennych, ani technika, którego mógłby nam przysłać do pomocy w piątek po południu. I tu pan Wolf znowu okazał się być bardzo pomocnym, bo powiedział, że mają w pobliżu mechanika złotą rączkę, który naprawia wszystko, i że tak się składa, że będzie koło niego przejeżdżał więc mu o nas powie. Wyjaśnił mi też, gdzie jest warsztat tego mechanika, w razie gdyby się okazało, że sam go nie zastanie.

Czyli całkiem jak w bajce! :-)

Chwilę później podpłynął do nas holownik tak wielki, że ledwo się mieścił we wrota portu rybackiego, ale na szczęście się jednak zmieścił, i wciągnął nas do środka. I to nam wystarczyło. Zacumowaliśmy sobie do wskazanego przez kapitanat kutra rybackiego i poszliśmy szukać naszego obiecanego mechanika. To znaczy, ja poszedłem szukać mechanika, a Tomek prądu do podłączenia. W warsztacie powiedzieli mi, że już o nas wiedzą i że mechanik przyjdzie do nas o 16.00 (w piątek, w weekend!). Była 14.30, a więc przyszło nam poczekać tylko chwilę. Tomkowi jakaś życzliwa duszyczka pożyczyła przejściówkę do wtyczki (oni mieli gniazda 5-cio wtykowe, a nasze wtyczki miały po 2 lub 3 bolce) oraz zadzwoniła do portowego elektryka, który przyjechał po paru minutach i wyłudził od nas 50 EUR w zamian za włączenie bezpiecznika odpowiedniego gniazdka (pieniądze do rozliczenia za faktycznie zużyty prąd, jak będziemy wypływać).

Dwaj mechanicy przybyli o 16.03. Wysłuchali mojego opisu, wygłoszonego łamaną niemczyzną, jako, że panowie po angielsku ni w ząb, a następnie wypakowali z samochodu serwisowego torby z narzędziami i wanienkę do spuszczania paliwa i weszli na pokład. I od razu wzięli się za demontaż pompy. Po pół godziny mieli ją już rozebraną i stwierdzili, że uszkodzona jest membrana i zawór, i że zabierają pompę na warsztat. No to zabrali i pojechali. Powrócili ok. piętnaście po piątej, zamontowali pompę, odpowietrzyli system paliwowy i zrobili pierwsze podejście do uruchomienia silnika. A tu nic… No to się wzięli za odpowietrzanie wtryskiwaczy. Następnie drugie podejście, i znowu nic. No to przyszła pora na demontaż wtryskiwaczy. Okazały się być całkiem ok., no to znowu odpowietrzanie, i kolejne podejście z dopalaczem. Silnik ładnie zaskoczył, ale po paru obrotach znowu zdechł. Czyli tak samo jak około 12 godzin wcześniej…No to się wzięli za demontaż filtra paliwowego. Wyjęli wkład z puszki a zawartość wlali do wanienki. I ta zawartość okazała się być mieszaniną wody i diesla! I to chyba była ta główna przyczyna, dla której silnik nie chciał pracować. Bo po zainstalowaniu filtra i ponownym odpowietrzeniu systemu, silnik zagdakał jak nowy!

Technicy stwierdzili, że tu było kilka problemów jednocześnie, bo i pompa i zapowietrzenie i filtr z wodą. I że teraz powinniśmy sobie spokojnie na tym silniku popływać, ale przy najbliższej okazji trzeba osuszyć zbiorniki paliwowe. A dla mnie z tej lekcji wynika taka nauczka, że nie należy czekać zbyt długo z uzupełnianiem paliwa w
zbiorniku rozchodowym… :-)

W każdym razie, o 18.00 byliśmy gotowi do drogi, to znaczy bylibyśmy gotowi, gdyby nie to, że kapitan z żoną poszli na zakupy do pobliskiego reala. Jak wrócili to stwierdzili, że wszyscy jesteśmy zmęczeni (Tomek i ja nie spaliśmy całą poprzednią noc, w czasie żeglowania po Morzu Północnym) i że lepiej będzie poczekać do rana tu gdzie jesteśmy i ruszyć w drogę przed świtem. OK., przed świtem nam nie wyszło, bo elektryk zgodził się przyjechać najwcześniej o ósmej, ale już o 8.15 byliśmy z powrotem na Łabie w drodze do Brunsbuttel.

Nie była to najszczęśliwsza godzina, bo do prądu odpływu dołożył się prąd rzeki i mając prędkość (względem wody) około 6 węzłów (na silniku i na żaglach, w sumie), przesuwaliśmy się względem brzegu tylko od pół do półtora mili na godzinę… Sytuacja poprawiła się dopiero ok. 12-tej gdy nastąpiła zmiana kierunku pływów, i o piętnastej dotarliśmy do śluzy w Brunsbuttel, która akurat wpuszczała statki idące w tym samym kierunku co my. 


 



O 15.15 wpłynęliśmy do Kanału Kilońskiego. I fajno nam się płynęło, nawet po zmroku, dopóki nie napotkaliśmy jakichś nadgorliwych Niemców, na promie pływającym w poprzek kanału, którzy zadali sobie tyle trudu żeby zatrzymać prom na środku, zagradzając nam dalszą drogę, celem wyjaśnienia, że takim małym łodziom jak nasza nie wolno pływać nocą po kanale! Dwa kilometry dalej, 21 od Brunsbuttel, znajdowało się szczęśliwie (albo nieszczęśliwie) odpowiednie kotwicowisko, przy którym właśnie stoję i zdaję Wam niniejszą relację. I to by było na tyle, na dzisiaj.
Dobranoc! :-)



czwartek, 22 listopada 2007, taziuta

Polecane wpisy