Blog > Komentarze do wpisu
Nowy pierwszy sezon żeglarski

Mam już kilka małych rejsów za sobą, i pora je opisać, zanim zapomnę szczegółów. :)

Zacznę od przygotowania do sezonu - majster/malarz oczyścił/oszlifował kadłub ze starej farby jeszcze w marcu, a na początku kwietnia zaszpachlował ubytki żelkotu (słownie 5, od 2 do 4 cm średnicy) oraz wszystkie inne skazy i zadrapania, położył 4 warstwy farby podkładowej i następnie 2 antyporostowej. Też miałem swój wkład, bo przypadł mi do pomalowania biały pas na linii wody. :)

Łódkę zwodowałem jeszcze w kwietniu, w sobotę przed długim weekendem majowym. Pomogła mi córka, która akurat wtedy na tydzień przyjechała do domu. W niedzielę, z pomocą dzieci założyliśmy żagle i od razu popłynęliśmy w krótki rejs po prawie bezwietrznym jez. Dąbskim. Młodzieży się trochę spieszyło, bo nie planowali tego spaceru po wodzie, więc popłynęliśmy na skróty, a na jeziorze Dąbskim skróty to nie jest dobry pomysł! Wpłynęliśmy na mieliznę, z której zeszliśmy tak mniej więcej po 20-stu minutach. Mieliśmy szczęście, że była nas czwórka, bo mogliśmy przebalastować łódkę, no i że silnik jest dość mocny...

W długi weekend wybraliśmy się z żoną na dwudniową wyprawę do Stepnicy. Pierwszego dnia, w piątek 2-go maja halsowaliśmy pod wiatr tak ok. 7 godzin, więc wieczorem byliśmy naprawdę  zdechli. Na kolację pyszny sandacz w tawernie w Stepnicy, a potem lampka dobrego wina i spać. Rano skleiłem genuę taśmą duct tape, bo się skubana zaczęła lekko rozłazić. Ma już trochę lat, no i stale na słońcu, bez pokrowca. Próbowałem też połączyć 5 tyczek bambusowych, aby obrócić kogucika na szczycie masztu, który chyba przyrdzewiał w zimę, i nie chciał się ustawiać do wiatru, ale konstrukcja okazała się zbyt wiotka i nic z tego nie wyszło. Będę musiał się nauczyć korzystać z krzesełka bosmańskiego, które na szczęście jest na wyposażeniu łodzi. :)

Wypłynęliśmy w drogę powrotną ok. 11-stej i pięknym motylem dopłynęliśmy do Lubczyny, przed wejściem do której wpłynęliśmy na mieliznę. Okazało się, że trzymanie się toru, w przypadku Lubczyny, to za mało. Trzeba wiedzieć, że po minięciu ostatniej pary boji, należy trzymać się lewego/północnego skraju toru. My płynęliśmy prawym i nagle przestaliśmy płynąć - mielizna... Na szczęście dość delikatna, bo po paru minutach kręcenia się  w kółko i przebalastowywania, udało nam się z niej zejść i wejść do przystani. O tej porze roku w Lubczynie nie serwują jeszcze żadnych jeziornych rybek, sama sztampa z makro. Zamówiliśmy więc w smażalni tilapię, która okazała się być całkiem jadalna, i po lunchu wyruszyliśmy w drogę  powrotną do domu. Cały dzień mieliśmy wiatr w plecy, więc nadal mogliśmy płynąć motylem. I tak sobie przyjemnie płynęliśmy, aż do rozwidlenia torów wodnych na jeziorze Małe Dąbskie, gdzie w którymś momencie musieliśmy zejść z toru za bardzo na wschód i nagle bęc, znowu stoimy na mieliźnie! Postanowiliśmy zrzucić  genuę, żeby nas nie wciągała w głąb mielizny, ale wiatr wyszarpał żonie z rąk szoty, i genua okręciła się dookoła rolera... Gdy ją próbowałem odkręcić, oderwała się dolna listwa i puściła poranna łata z duct tape, tak że genuę trzeba było dać do naprawy. Niewykluczone, że będę musiał zamówić nowy żagiel, bo ten już za bardzo jest zniszczony słońcem i za często trzeba go naprawiać... Z mielizny, jak już uzyskaliśmy kontrolę nad łodzią, zeszliśmy bez problemu i ok. 17-tej dopłynęliśmy do naszej przystani. Ale lekko zaczęła nas już wkurzać nasza zepsuta echosonda, czyli brak informacji o głębokości wody. Coś trzeba będzie z nią chyba zrobić!

 

W następny rejs wybraliśmy się z żoną w sobotę 10-go maja. Celem naszym była Ziemia Umbriagi, do której udało nam się  dopłynąć dopiero ok. 17-stej, bo mieliśmy słabiutki wiatr w pysk. Ale dzięki temu, że nie było zbyt wiele do roboty (płynęliśmy na autopilocie), wyciągnęliśmy genakera z worka i zaczęliśmy kombinować, jak się go stawia. Szybko się przekonaliśmy, że nie stawia się go pod wiatr. :) Ale zanim spróbowaliśmy go postawić, musieliśmy dojść do czego służy taki dziwny pokrowiec i plątanina sznurków, z których jeden szedł środkiem, a drugi (a w sumie to ten sam) po zewnętrznej stronie pokrowca. Teraz już wiemy, że nasz genaker wyposażony jest w kiszkę (widać ją pomarszczoną na prawym zdjęciu u szczytu masztu, nad genakerem), która służy do łatwego stawiania i zwijania tego żagla, ale w sobotę nie byliśmy jeszcze tacy mądrzy. Nie za pierwszą próbą, w każdym razie. No ale w końcu udało nam się rozplątać sznurki i zrozumieć o co z tą kiszką chodzi i po nieudanej próbie postawienia genakera pod wiatr, opuściliśmy kiszkę na pokład i przycumowaliśmy do relingu, na zaś.

Powinienem był zacząć tę relację od tego, że w tygodniu zamocowałem z ojcem specjalny uchwyt do montowania na jachcie jego wędkarskiej echosondy fishfinder, tak więc cały dzień, aż do Ziemii Umbriagi, mogliśmy kontrolować/sprawdzać głębokość wody po której płyniemy. Później już nie mogliśmy, bo przy odcumowywaniu od pomostu, rufowa cuma założona nabiegowo została puszczona samopoas. Nie był to najlepszy pomysł, bo niekontrolowana cuma lubi się biesić, a ta skubana, przed opuszczeniem pokładu owinęła się wokół ekraniku echosondy a następnie go wyrwała z uchwytu i tyleśmy go widzieli. Wracaliśmy więc znowu bez wiedzy o głębokości wody pod nami...

 

Ale Duże Dąbskie, jak się trzymać toru, jest całkiem bezpieczne, więc postawiliśmy genakera i zachwycaliśmy się łatwością z jaką się go stawia i zwija dzięki tej kiszce! Na genakerze przelecieliśmy w mig Duże Dąbskie i zwinęliśmy go przed wpłynięciem na Regalicę, którą na grocie dopłynęliśmy do przystani Pogoni tak ok. 20-stej. Zacumowaliśmy tuż przy Regalicy, bo w środku ciągle trwają roboty remontowe i kiepsko z miejscem...

W niedzielę, 11 maja pracowałem do południa, ale po obiedzie postanowiłem sprawdzić jak mi pójdzie żeglowanie w pojedynkę. Odcumowałem bez problemu, z małą pomocą życzliwego wędkarza, który przytrzymał, a następnie oddał mi cumę dziobową. Następnie popłynąłem Regalicą na silniku, bo wiatr wiał z północy (czyli w dziób) a nie bardzo chciało mi się halsować na wąskiej rzece. Zamontowałem do steru autopilota, dzięki czemu mogłem swobodnie wykonywać wszystkie prace pokładowe, a przed wejściem na Dąbskie Duże postawiłem grota, i po skręcie w Małe wyłączyłem silnik. Pamiętając o tym, że po wschodniej stronie toru jest płycizna, starałem się dla odmiany trzymać strony zachodniej. Ale znowu, przy rozwidleniu torów wodnych, gdzie widać tylko boje toru do HOM-u oraz boje wejściowe do kanału Jacka, okazało się że po zachodniej stronie też jest bardzo płytko. Zorientowałem się, że źle płynę gdy zauważyłem króciutkie trzcinki wystające nad powierzchnię wody, tak ok. 50 metrów na prawo ode mnie. Natychmiast skręciłem w lewo, ale było już za późno - znowu mielizna! Grota miałem na lewej burcie. więc wiatr obrócił mi łódkę w prawo, w stronę płycizny. Szybko włączyłem silnik, aby obrócić ją jeszcze bardziej w prawo, pod wiatr, i zrzuciłem grota. Potem spróbowałem rzucić kotwicę, bo gdzieś słyszałem, że to może pomóc w zejściu z mielizny - podciąganie łodzi do kotwicy, ale okazało się, że to nie działa przy mulistym dnie - podciągałem kotwicę do łodzi, a nie na odwrót... :)  Wykręciłem więc łódkę znowu pod wiatr, postawiłem grota (na prawą burtę) i skręciłem dziób na wschód. Tym razem więc wiatr dokładał się do siły silnika i po paru minutach, gdy założyłem przedłużkę steru i sam się przemieściłem na prawą burtę, udało mi się w końcu zsunąć z tej cholernej płycizny. Dalej już bez problemu dopłynąłem do przystani, wpłynąłem do wewnętrznego basenu (tego w remoncie) i przycumowałem dziobem do pomostu, pod wiatr. Znowu znalazła się życzliwa duszyczka, która przyjęła ode mnie cumę dziobową, a ja bosakiem przyciągnąłem boję na rufie i przeciągnąłem przez jej pierścień cumę rufową. W ten sposób zakończyłem swój pierwszy, absolutnie samodzielny rejs! :)

I to by było na tyle, jeśli chodzi o inaugurację pierwszego sezonu żeglarskiego SAM-a. Pierwszego w Polsce, oczywiście. :)

poniedziałek, 12 maja 2008, taziuta

Polecane wpisy