RSS
poniedziałek, 12 maja 2008
Nowy pierwszy sezon żeglarski

Mam już kilka małych rejsów za sobą, i pora je opisać, zanim zapomnę szczegółów. :)

Zacznę od przygotowania do sezonu - majster/malarz oczyścił/oszlifował kadłub ze starej farby jeszcze w marcu, a na początku kwietnia zaszpachlował ubytki żelkotu (słownie 5, od 2 do 4 cm średnicy) oraz wszystkie inne skazy i zadrapania, położył 4 warstwy farby podkładowej i następnie 2 antyporostowej. Też miałem swój wkład, bo przypadł mi do pomalowania biały pas na linii wody. :)

Łódkę zwodowałem jeszcze w kwietniu, w sobotę przed długim weekendem majowym. Pomogła mi córka, która akurat wtedy na tydzień przyjechała do domu. W niedzielę, z pomocą dzieci założyliśmy żagle i od razu popłynęliśmy w krótki rejs po prawie bezwietrznym jez. Dąbskim. Młodzieży się trochę spieszyło, bo nie planowali tego spaceru po wodzie, więc popłynęliśmy na skróty, a na jeziorze Dąbskim skróty to nie jest dobry pomysł! Wpłynęliśmy na mieliznę, z której zeszliśmy tak mniej więcej po 20-stu minutach. Mieliśmy szczęście, że była nas czwórka, bo mogliśmy przebalastować łódkę, no i że silnik jest dość mocny...

W długi weekend wybraliśmy się z żoną na dwudniową wyprawę do Stepnicy. Pierwszego dnia, w piątek 2-go maja halsowaliśmy pod wiatr tak ok. 7 godzin, więc wieczorem byliśmy naprawdę  zdechli. Na kolację pyszny sandacz w tawernie w Stepnicy, a potem lampka dobrego wina i spać. Rano skleiłem genuę taśmą duct tape, bo się skubana zaczęła lekko rozłazić. Ma już trochę lat, no i stale na słońcu, bez pokrowca. Próbowałem też połączyć 5 tyczek bambusowych, aby obrócić kogucika na szczycie masztu, który chyba przyrdzewiał w zimę, i nie chciał się ustawiać do wiatru, ale konstrukcja okazała się zbyt wiotka i nic z tego nie wyszło. Będę musiał się nauczyć korzystać z krzesełka bosmańskiego, które na szczęście jest na wyposażeniu łodzi. :)

Wypłynęliśmy w drogę powrotną ok. 11-stej i pięknym motylem dopłynęliśmy do Lubczyny, przed wejściem do której wpłynęliśmy na mieliznę. Okazało się, że trzymanie się toru, w przypadku Lubczyny, to za mało. Trzeba wiedzieć, że po minięciu ostatniej pary boji, należy trzymać się lewego/północnego skraju toru. My płynęliśmy prawym i nagle przestaliśmy płynąć - mielizna... Na szczęście dość delikatna, bo po paru minutach kręcenia się  w kółko i przebalastowywania, udało nam się z niej zejść i wejść do przystani. O tej porze roku w Lubczynie nie serwują jeszcze żadnych jeziornych rybek, sama sztampa z makro. Zamówiliśmy więc w smażalni tilapię, która okazała się być całkiem jadalna, i po lunchu wyruszyliśmy w drogę  powrotną do domu. Cały dzień mieliśmy wiatr w plecy, więc nadal mogliśmy płynąć motylem. I tak sobie przyjemnie płynęliśmy, aż do rozwidlenia torów wodnych na jeziorze Małe Dąbskie, gdzie w którymś momencie musieliśmy zejść z toru za bardzo na wschód i nagle bęc, znowu stoimy na mieliźnie! Postanowiliśmy zrzucić  genuę, żeby nas nie wciągała w głąb mielizny, ale wiatr wyszarpał żonie z rąk szoty, i genua okręciła się dookoła rolera... Gdy ją próbowałem odkręcić, oderwała się dolna listwa i puściła poranna łata z duct tape, tak że genuę trzeba było dać do naprawy. Niewykluczone, że będę musiał zamówić nowy żagiel, bo ten już za bardzo jest zniszczony słońcem i za często trzeba go naprawiać... Z mielizny, jak już uzyskaliśmy kontrolę nad łodzią, zeszliśmy bez problemu i ok. 17-tej dopłynęliśmy do naszej przystani. Ale lekko zaczęła nas już wkurzać nasza zepsuta echosonda, czyli brak informacji o głębokości wody. Coś trzeba będzie z nią chyba zrobić!

 

W następny rejs wybraliśmy się z żoną w sobotę 10-go maja. Celem naszym była Ziemia Umbriagi, do której udało nam się  dopłynąć dopiero ok. 17-stej, bo mieliśmy słabiutki wiatr w pysk. Ale dzięki temu, że nie było zbyt wiele do roboty (płynęliśmy na autopilocie), wyciągnęliśmy genakera z worka i zaczęliśmy kombinować, jak się go stawia. Szybko się przekonaliśmy, że nie stawia się go pod wiatr. :) Ale zanim spróbowaliśmy go postawić, musieliśmy dojść do czego służy taki dziwny pokrowiec i plątanina sznurków, z których jeden szedł środkiem, a drugi (a w sumie to ten sam) po zewnętrznej stronie pokrowca. Teraz już wiemy, że nasz genaker wyposażony jest w kiszkę (widać ją pomarszczoną na prawym zdjęciu u szczytu masztu, nad genakerem), która służy do łatwego stawiania i zwijania tego żagla, ale w sobotę nie byliśmy jeszcze tacy mądrzy. Nie za pierwszą próbą, w każdym razie. No ale w końcu udało nam się rozplątać sznurki i zrozumieć o co z tą kiszką chodzi i po nieudanej próbie postawienia genakera pod wiatr, opuściliśmy kiszkę na pokład i przycumowaliśmy do relingu, na zaś.

Powinienem był zacząć tę relację od tego, że w tygodniu zamocowałem z ojcem specjalny uchwyt do montowania na jachcie jego wędkarskiej echosondy fishfinder, tak więc cały dzień, aż do Ziemii Umbriagi, mogliśmy kontrolować/sprawdzać głębokość wody po której płyniemy. Później już nie mogliśmy, bo przy odcumowywaniu od pomostu, rufowa cuma założona nabiegowo została puszczona samopoas. Nie był to najlepszy pomysł, bo niekontrolowana cuma lubi się biesić, a ta skubana, przed opuszczeniem pokładu owinęła się wokół ekraniku echosondy a następnie go wyrwała z uchwytu i tyleśmy go widzieli. Wracaliśmy więc znowu bez wiedzy o głębokości wody pod nami...

 

Ale Duże Dąbskie, jak się trzymać toru, jest całkiem bezpieczne, więc postawiliśmy genakera i zachwycaliśmy się łatwością z jaką się go stawia i zwija dzięki tej kiszce! Na genakerze przelecieliśmy w mig Duże Dąbskie i zwinęliśmy go przed wpłynięciem na Regalicę, którą na grocie dopłynęliśmy do przystani Pogoni tak ok. 20-stej. Zacumowaliśmy tuż przy Regalicy, bo w środku ciągle trwają roboty remontowe i kiepsko z miejscem...

W niedzielę, 11 maja pracowałem do południa, ale po obiedzie postanowiłem sprawdzić jak mi pójdzie żeglowanie w pojedynkę. Odcumowałem bez problemu, z małą pomocą życzliwego wędkarza, który przytrzymał, a następnie oddał mi cumę dziobową. Następnie popłynąłem Regalicą na silniku, bo wiatr wiał z północy (czyli w dziób) a nie bardzo chciało mi się halsować na wąskiej rzece. Zamontowałem do steru autopilota, dzięki czemu mogłem swobodnie wykonywać wszystkie prace pokładowe, a przed wejściem na Dąbskie Duże postawiłem grota, i po skręcie w Małe wyłączyłem silnik. Pamiętając o tym, że po wschodniej stronie toru jest płycizna, starałem się dla odmiany trzymać strony zachodniej. Ale znowu, przy rozwidleniu torów wodnych, gdzie widać tylko boje toru do HOM-u oraz boje wejściowe do kanału Jacka, okazało się że po zachodniej stronie też jest bardzo płytko. Zorientowałem się, że źle płynę gdy zauważyłem króciutkie trzcinki wystające nad powierzchnię wody, tak ok. 50 metrów na prawo ode mnie. Natychmiast skręciłem w lewo, ale było już za późno - znowu mielizna! Grota miałem na lewej burcie. więc wiatr obrócił mi łódkę w prawo, w stronę płycizny. Szybko włączyłem silnik, aby obrócić ją jeszcze bardziej w prawo, pod wiatr, i zrzuciłem grota. Potem spróbowałem rzucić kotwicę, bo gdzieś słyszałem, że to może pomóc w zejściu z mielizny - podciąganie łodzi do kotwicy, ale okazało się, że to nie działa przy mulistym dnie - podciągałem kotwicę do łodzi, a nie na odwrót... :)  Wykręciłem więc łódkę znowu pod wiatr, postawiłem grota (na prawą burtę) i skręciłem dziób na wschód. Tym razem więc wiatr dokładał się do siły silnika i po paru minutach, gdy założyłem przedłużkę steru i sam się przemieściłem na prawą burtę, udało mi się w końcu zsunąć z tej cholernej płycizny. Dalej już bez problemu dopłynąłem do przystani, wpłynąłem do wewnętrznego basenu (tego w remoncie) i przycumowałem dziobem do pomostu, pod wiatr. Znowu znalazła się życzliwa duszyczka, która przyjęła ode mnie cumę dziobową, a ja bosakiem przyciągnąłem boję na rufie i przeciągnąłem przez jej pierścień cumę rufową. W ten sposób zakończyłem swój pierwszy, absolutnie samodzielny rejs! :)

I to by było na tyle, jeśli chodzi o inaugurację pierwszego sezonu żeglarskiego SAM-a. Pierwszego w Polsce, oczywiście. :)

13:20, taziuta
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 20 grudnia 2007
Schengen - od soboty na basen na skróty! :-)

Na basen, od stycznia, jeździmy 3 razy w tygodniu, na 7-mą rano, we wtorki, czwartki i soboty. Basen mieści się w Gryfinie, a my mieszkamy w okolicach Przecławia. W jedną stronę ok. 25 km, które pokonujemy w ok. 30 minut, bo od zjazdu z autostrady, prawie cały czas jedzie się przez wioski, w których obowiązuje ograniczenie prędkości, no i policjanci lubieją nas tam namierzać...

Moi rodzice, którzy też z nami jeżdżą, jeżdżą do Gryfina przez Niemcy, bo chociaż droga tamtędy jest o ok. 5 km dłuższa, to jednocześnie jest o ok. 5 minut szybsza (po drodze nie ma wiosek i nie ma ograniczenia prędkości). Ja nie mogłem, do tej pory, tamtędy jeździć, bo mam w służbowym samochodzie kratkę, jako że jest on zarejestrowany jako ciężarowy (onegdaj można było z tego tytułu nie wrzucać VAT-u w koszty), a na przejściu granicznym w Rosówku nie przepuszczali ciężarowych samochodów...
Teraz, w nocy z czwartku na piątek, znoszą kontrole graniczne. Czyli w sobotę będę mógł po raz pierwszy pojechać na basen "na skróty"!

W piątek przetestuję to przejście w Rosówku, czy jednak w jakiś sposób mnie tam nie namierzą, z moją kratką, bo wybieramy się z córką na zakupy do Schwedt. W ichnim realu mają dobre wino prawie o połowę tańsze niż u nas, podobnie z karmą dla psów i kotów. Bo wiecie, te cholery codziennie chcą żreć, a my pić... :-)


02:15, taziuta
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 03 grudnia 2007
Część 8 i ostatnia. Przejście z Heiligenhafen do Szczecina.
02.12.07, 01:32

...
> Prognoza pogody mówi, że będziemy mieli korzystny wiatr przez całą
> noc, sobotę i niedzielę, ale w niedzielę wieczór i poniedziałek
> już nie...
>
> Czyli nie ma co czekać, trzeba uciekać! :-)

Z Heiligenhafen wypłynęliśmy w piątek o 21.00 i do Świnoujścia dotarliśmy ok. 23.00 w sobotę. Czyli 26 godzin żeglugi non-stop. Teraz idę spać, ale obiecuję momenty! Czerwona oberża, 9-tka na Arkonie, itp. Ale chyba dopiero w poniedziałek, na blogu taziuta.

Dobranoc! :-)

/OK., no to teraz trochę więcej szczegółów o wyjściu z Heiligenhafen. Dojechaliśmy tam tuż po osiemnastej, uprzedzając wcześniej, z granicy, że będziemy za ok. 4 godzin, i prosząc o podłączenie prądu, do ładowania akumulatorów. Gdy dotarliśmy do stoczni, okazało się, że właściciel czeka na nas, z łódką podwieszoną na dźwigu, cobyśmy jej nie ukradli i nie odpłynęli bez uregulowania należności za naprawę. Widocznie właściciel stoczni ma złe doświadczenia ze swoimi rodakami, o których słyszeliśmy też w Szczecinie, że potrafią zlecać szereg prac, a potem odpływać, bez uregulowania należności, ciemną nocą. (Akumulatory nie były naładowane...).

Trudno, przełknąłem tę zniewagę, tym bardziej, że zanim poszliśmy do łodzi, wcześniej musiałem uregulować należność za naprawę. Gdy byłem tam w piątek przed 2 tygodniami, to w 3 godziny mechanik zrobił praktycznie wszystko, pozostało tylko odpowietrzenie ostatniej części instalacji. To znaczy, tak mi się (tylko) wydawało. Bo wg właściciela stoczni, ten ostatni szlif zajął im 5 godzin. Razem 8 godzin! Każda po 50 EUR... Gdy poprosiłem o specyfikację wykonanych prac i roboczogodzin, powiedział że nie ma jej gotowej, i że może ją przygotować na poniedziałek (była 18.10 w piątek, w który chcieliśmy zaraz, za chwilę wyjść na noc w morze...). OK., pogodziłem się, że specyfikacji nie otrzymam i poprosiłem o rachunek. Wówczas się dowiedziałem, że nie ma rachunku, bo w trosce o to abym nie musiał płacić ichniego VAT, czyli MWST, żadnego rachunku nie przygotował. Mam zapłacić mu "na rękę" 480 EUR, i już! Te ostatnie 80 EUR za to, że łódź stała u niego przez tydzień, tak jakby bez tego stania mógł mnie wcześniej naciągnąć na 400 EUR, za 8 godzin pracy nad silnikiem, i 40 EUR za materiały, czyli 1,5 metra gumowego przewodu paliwowego...

Nic to, zapłaciłem, i od tamtej pory nazywam gościa Czerwonym Oberżystą... Zastanawiam się nad zawiadomieniem niemieckiego fiskusa o tym, że gość odmówił mi wystawienia rachunku i specyfikacji, mimo że gotów byłem zapłacić ten rachunek w wysokości powiększonej o 19% ichniego VAT. Mam nawet świadków, że trafiłem w jego łapy - hafenmeister z przystani jachtowej oraz rybak, który mnie holował do stoczni. Ciekawe jak by się mój "stoczniowy złodziej" tłumaczył fiskusowi z braku jakiegokolwiek wpływu za naprawę mojej łodzi?

Nic to, zapłaciłem, łódź została spuszczona na wodę, achtersztagi przymocowane (dla "bezpieczeństwa" nasz stoczniowiec zdemontował również te liny...) i ok. 21-szej wyszliśmy na Bałtyk, a już około 12-tej w południe minęliśmy Arkonę, czyli północny cypel Rugii, i skręciliśmy na południe, w stronę Świnoujścia, dokąd dotarliśmy w sobotę (02.12.07) po 23-ciej.

Cały czas wiał miły baksztag, 3 do 4 beauforta, natomiast po minięciu Arkony wiatr wzrósł do 5-6, a w porywach do 9 w skali beauforta. Porobiliśmy trochę zdjęć, które zamieszczam poniżej:/

02.12.07, 22:11

Z mariny w Świnoujściu wyszliśmy o 07.30, i o 10.10 wpłynęliśmy na Zalew Szczeciński (jest to tylko 11 km, ale na Kanale Piastowkim był b. mocny prąd, w związku z cofką cofki - tak około 2 węzły, w pysk). Następnie przepłynięcie bajdewindem 20 km w poprzek Zalewu Szczecińskiego zajęło nam 1 godz. i 40 minut. Gdy dopływaliśmy do Trzebieży, zauważyliśmy motorówkę-katamaran, który czaił się przy torze, w oczekiwaniu na nasze przejście. Gdy gominęliśmy, ruszył w ślad za nami, ze 20 metrów z tyłu, utrzymując nasze tempo, czyli tak ok. 7 węzłów. I tak sobie razem wpłynęliśmy na Roztokę Odrzańską, gdzie motorówka postanowiła zawrócić do Trzebieży, ale przy zwrocie jej kapitan wyszedł z kabiny na pokład dziobowy, żeby do nas pomachać. I wówczas Tomkowie rozpoznali, że jest to Michał S., znany (w każdym razie, im znany:) żeglarz z Trzebieży, dorabiający sobie czarterowaniem łodzi lub siebie, w charakterze kapitana. Gdy go okrzyknęli po imieniu, okazało się, że on też sobie ich kojarzy. Najważniejsze, że zgodził się popstrykać nam zdjęcia moim aparatem fotograficznym. Dzięki temu mamy mnóstwo zdjęć, gdy płyniemysobie pod zrefowanymi żaglami po Roztoce Odrzeńskiej, pstrykanych z lewej i prawej burty, i od dziobu. Jak znajdę czas żeby je obrobić, znajdziecie je na blogu taziuta. :-)


Cały czas mieliśmy sympatyczny wiatr, ale po sobotnich doświadczeniach na wysokości Arkony, gdzie wiała nam (w porywach) 9-ka, straciliśmy zdolność oceny prędkości wiatru. Na jeziorze Dąbskim, w którymś momencie, Krystyna zapytała Tomka jaką prędkość wiatru ma wpisać do dziennika, i usłyszała, że chyba 4-kę. Przez ciekawość sięgnąłem po wiatromierz i okazało się, że wieje 6-ka! :-)

W każdym razie, o 17.00 byliśmy już zacumowani w przystani Pogoni w Szczecinie. Czyli przejście z Heiligenhafen (spod Lubeki) do Szczecina zajęło nam na czysto (bez 7-godzinnego noclegu w Świnoujściu) 37 godzin! :-)

I to już jest koniec relacji z przeprowadzenia jachtu SAM z Lelystad w Holandii, do przystani Pogoni w Szczecinie. W najbliższy weekend planuję rejs rodzinny po jez. Dąbskim, a zaraz po niedzieli wyciągamy łódkę na ląd, na zimę. Czyli do relacji z dalszych przygód SAM'a wrócimy na wiosnę!

22:17, taziuta
Link Komentarze (3) »
wtorek, 27 listopada 2007
Część 7. Czekamy na koniec sztormu na Bałtyku.

Wczoraj nie udało mi się dodzwonić do stoczni w Heiligenhafen. A dzisiaj się dowiedziałem, że nic straconego bo i tak nie mogli się zająć moim silnikiem. Na Bałtyku sztorm, więc nie da się pracować na łodzi. Wiatr w nocy zerwał jedną z cum, wraz z elektrycznym kablem zasilającym, który był podłączony akurat od strony tej cumy. Na szczęście pozostałe 3 cumy wytrzymały i łódce nic się nie stało. Niemcy założyli dwie nowe mocne cumy od strony pomostu/dziobu, czyli od strony, z której wieje wiatr...

Prognoza pogody mówi, że jutro wiatr zelżeje i mechanik obiecał, że jutro też zajmie się dalszym przeglądem. W każdym razie, w związku z tym, że nie wiemy, czy silnik będzie gotowy na czwartek, przekładamy nasz wyjazd na piątek po południu (30 listopada). Ostateczną decyzję podejmiemy w piątek rano, ale w tej chwili prognozy mówią, że w sobotę i niedzielę będziemy mieli umiarkowany wiatr z zachodu i południowego zachodu, a w poniedziałek, gdy wpłyniemy na Zalew Szczeciński, wiatr zmieni kierunek na północny, czyli idealny do tego aby jeszcze w poniedziałek dotrzeć do Szczecina.

I to by było na tyle, jeśli chodzi o najnowsze wieści. :-)

19:02, taziuta
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 25 listopada 2007
Część 6. Jesteśmy na Bałtyku!

Ciąg dalszy wpisu.

20.11.07, 15:25 

O dziesiątej rano (poniedziałek 19 listopada) wyruszyliśmy w drogę i ok. 11-tej w końcu wpłynęliśmy na Bałtyk.

 

         

 

Wyszliśmy na zatokę Kieler Bucht i tam popełniliśmy błąd dnia.
Na moich mapach jachtowych, akurat na trasie, którą planowaliśmy płynąć, znajduje się oznaczony bojami obszar „military cośtam” (nasza znajomość niemieckiego okazała się nie dość dobra, żeby zrozumieć to „cośtam”). Ale na mapie, którą do mojego notebooka wgrał Tomek, takiego obszaru nie było. Tomek zawierzył swojej mapie i dzielnie wpłynęliśmy w głąb tego obszaru. Na widnokręgu kręciły się co prawda jakieś okręty marynarki wojennej, ale gdzie się nie kręcą?! Wiała piątka, w porywach do szóstki, i dzielnie posuwaliśmy się do przodu ostrym bejdewindem, gdy nagle po dwóch godzinach podpłynął do nas jakiś ichni wojskowy kuter i przez UKF-kę poinformował, że mamy spieprzać na północ, bo za chwilę będą tu ćwiczyć ostre strzelanie. OK., no to spieprzyliśmy na północ, przy okazji rujnując cały plan dnia. Gdybyśmy bowiem przewidzieli, że ktoś nas zechce pogonić, to popłynęlibyśmy południową granicą tego dziwnego obszaru. Północna trasa była nie tyle dłuższa, co mniej korzystna jeśli chodzi o kierunek wiejących wczoraj wiatrów, które zaczynając od EES, miały przejść w ciągu dnia w SE, a jako cel tego etapu naszej podróży (we wtorek Tomek musiał już koniecznie być z powrotem w pracy!) wybraliśmy Heiligenhafen pod wyspą Fehmarn. Płynąc drogą północną nie mogliśmy (z powodu przeciwnego wiatru) kierować się prosto na wschód, i odpadaliśmy trochę na północ, a kiedy przyszło nam w końcu skręcić na południowy wschód, to akurat zaczął nam wiać wiatr prosto w pysk. W przypadku drogi południowej, na początku mielibyśmy o wiele krótszy odcinek do halsowania pod wiatr, zaś po południu wiatr SE dałby nam doskonałego bajdewinda.

Nic to, około 23-ciej dopłynęliśmy do zatoki nad mariną w Heiligenhafen. Tomek w desperacji (*) włączył silnik ciut za wcześnie, bo owszem dzięki temu zyskaliśmy trochę na wysokości, ale płynęliśmy pod wiatr i robiliśmy tylko około 3 węzłów, podczas gdy wcześniej na żaglach robiliśmy około 6-ciu węzłów, tyle że ok. 30 stopni w bok.

(*) bo w nocy powinien był ostrzyć narzędzia dla swoich klientów, których przetrzymał ponad tydzień, i dla których brak narzędzi może oznaczać zatrzymanie produkcji…

 

W każdym razie około wpół do 1-szej nad ranem minęliśmy światło sektorowe i wzięliśmy kurs na nabieżnik do wejścia do portu. I tutaj (nie zgadniecie!) silnik znowu zdechł. Zdryfowaliśmy poza tor, rzuciliśmy kotwicę, ale tym razem Tomkowi nie udało się już go uruchomić. Po około 40 minutach stwierdził, że paliwo nie dochodzi do filtra
znajdującego się przy zbiorniku rozchodowym. Pewnie zapchała się rurka…

 

Tym razem wiatr nam sprzyjał, bo tor prowadził na zachód, więc podnieśliśmy kotwicę, rozwinęliśmy mały trójkącik genui i wczołgaliśmy się do portu. Płynęliśmy w tempie żółwia, bo owszem mieliśmy przed sobą piękny nabieżnik (dwa światełka, które musisz widzieć pionowo jedno nad drugim, i gdy dolne, wysunięte do przodu, przesuwa się w lewo, to znaczy, że zboczyłeś w prawo i szybko trzeba skręcić w lewo, i na odwrót), ale tor oznaczony był nieoświetlonymi bojami, które trudno po nocy wyślepić, nawet przez lornetki . Jakoś jednak trafiliśmy, doszliśmy do pierwszego nabieżnika, skręciliśmy w kierunku kolejnego i dotarliśmy do naszej mariny. Córka wyszukała ją wcześniej w internecie, zadzwoniła do ich hafenmeistera w ciągu dnia i uprzedziła, że przypłyniemy wieczorem. Dzięki temu dowiedzieliśmy się, że mamy stanąć przy pomoście 1B, 1C, lub 1D, bo tam można podłączyć się do prądu. Bardzo nam to pomogło w nocy, bo gdy zobaczyliśmy oznaczenia 1B i 1C, to wiedzieliśmy już, że jesteśmy na miejscu. I o wpół do drugiej (córka czekała na nas od osiemnastej :) zacumowaliśmy do dalb przy 1C 22.


 
I tam sobie SAM stoi sam, czekając aż do niego przyjedziemy za około 2 tygodnie, aby go poprowadzić w dalszą drogę do Szczecina. A więc to jeszcze nie koniec! :-)

Rano jadę do Heiligenhafen :-)

22.11.07, 19:23 
 
Wczoraj udało mi się dodzwonić do hafenmeistra mariny w Heiligenhafen, w której pozostawiłem SAM-a, i był on tak uprzejmy, że umówił mnie na jutro (piątek 23.11.07) w lokalnej stoczni jachtowej, która przejrzy układ paliwowy.
A przy okazji również ogrzewanie gazowe, które zdechło po 3 nocach intensywnego ogrzewania kabiny...

Jadę tam jutro rano, i jak dobrze pójdzie wrócę wieczorem. Jak się przeciągnię, to przenocuję na łodzi i wrócę w sobotę.

Byłem i wróciłem. 850 km w obie strony :-)

/Dotarłem na miejsce tuż po jedenastej. Hafenmeister znalazł mi rybaka, który podjął się zaholowania łódki do stoczni, jak tylko skończy jakieś drobne robótki na swojej łodzi. Skończył je o 12.30 i ok. 13.30 zacumowaliśmy Sama w stoczni i ok. 14.00 wzięliśmy się za naprawę./  


23.11.07 22:26

Niemcy kończą pracę o 17-tej, więc nie było co tam dłużej robić. Niestety silnik ciągle nie odpalił. Będą kontynuować jego naprawę/przegląd w poniedziałek...

/W stoczni przydzielono mi mechanika Polaka, spod Pyrzyc, który pracuje w Heligenhafen od 6 lat. Miło, przynajmniej mogłem porozmawiać i zorientować się co i dlaczego robimy. No więc wymontował on i oczyścił z osadów zbiornik rozchodowy diesla, który znajduje się w achterpiku, wymienił wkład filtra przy tym zbiorniku (filtr był całkowicie zaklejony osadami diesla) oraz stare przewody paliwowe na nowe. Sprawdził filtr przy pompie, podpompował paliwo i odpowietrzył system. To znaczy, do końca dnia nie udało nam się dokończyć odpowietrzania, bo paliwo dochodziło do filtra przy pompie, ale już nie do wtryskiwaczy./


09:08, taziuta
Link Dodaj komentarz »
sobota, 24 listopada 2007
Część 5. Kanał Kiloński i kolejna awaria...

Przejście przez Kanał Kiloński

 

20.11.07, 15:25

Jak pamiętacie, poprzedni odcinek mojej relacji zakończyłem na nocnym postoju na 21 kilometrze Kanału Kilońskiego. Kolejny zacznę więc od pobudki o szóstej rano (i nie będę nic wspominał o ilości wypitego przez nas wina, najpierw shiraz'a, a potem syrah'a, dla porównania ich smaku, bo relację tę być może będą też czytać jacyś młodociani :) . Tak więc kawa, poranna toaleta nad umywalką 15x25 cm, i wyruszyliśmy w drogę przed siódmą, czyli jeszcze głęboką nocą.

 

Dzielnie sobie terkotaliśmy przez ok. 45 kilometrów, aż trochę za Rendsburgiem skręciliśmy w lewo w odnogę kanału, do mariny, w której zatankowaliśmy ropę. Weszło 60 litrów, a więc nie jest tak źle ze spalaniem przez ten silnik.  

 

 

Ten skok w bok wraz z tankowaniem zajęły nam ponad godzinę cennego czasu dziennego, tak że zmrok złapał nas gdy nadal mieliśmy przed sobą jeszcze ok. 12 (z 97) kilometrów do końca kanału. Szybko sprawdziliśmy na mapie (tak na wszelki wypadek ponownego napotkania nadgorliwych Niemców), że ok. 4 km przed końcem kanału jest kotwicowisko, i płynęliśmy dalej. Gdy zbliżaliśmy się do kotwicowiska silnik zwolnił i zdechł. A za nami płynęło wielkie bydlę, które mogłoby nas zmiażdżyć, gdybyśmy dali mu się wessać(*)! Tym razem mieliśmy jednak resztkę szczęścia, bo po chwili silnik zapalił i dzielnie popchał nas dalej.

(*) – efekt kanałowej pompy ssąco-tłoczącej polega na tym, że w wąskich miejscach kanału, gdy płynie przez nie wielki statek, to środkiem pcha on przed sobą wodę, która bokami z kolei „zawraca” powodując silny prąd w przeciwnym kierunku. Tak, że płynąc na silniku z szybkością 8 km na godz., nasza łódka w momencie
wyprzedzania jej przez duży statek praktycznie stawała w miejscu. Bez silnika byłaby to dla nas mogiła (gdybyśmy nie zdążyli postawić żagli, i gdyby akurat wiatr był wybitnie niesprzyjający), bo mogłoby nas rzucić albo na kamienisty brzeg, albo na wyprzedzający nas statek…

Do śluzy dopłynęliśmy już dobrze po osiemnastej, czyli prawie 2 godziny po zmroku. Bosman na śluzie poinformował nas, że nie wolno małym łódkom pływać po kanale po zmroku, pogroził palcem i kazał obiecać, że już nigdy więcej!


 

Uff, wypłynęliśmy z Kanału Kilońskiego przed siódmą wieczór i ruszyliśmy w poszukiwaniu mariny, w której moglibyśmy się w końcu umyć. Znalazłem na mapie ładną i dużą, zaraz po prawej, po wyjściu z zatoki, ale Tomek wcześniej wypatrzył przy brzegu las masztów i stwierdził, że tu musi być jakaś dużą marina, w której na pewno też znajdziemy prysznice (tak jak to bez problemów bywało w Holandii). Łódce chyba pomysł Tomka też się spodobał, bo silnik znowu zdechł, właśnie na wysokości wypatrzonej przez niego mariny. Szybko rozwinęliśmy genuę i zaczęliśmy szukać dogodnego miejsca do zakotwiczenia. Znaleźliśmy je tuż przy wejściu do portu, w którym mieściła się ta wypatrzona marina i rzuciliśmy kotwicę. Tomek zwyczajowo zabrał się za odpowietrzanie silnika, ale tym razem niezbędny okazał się ponowny demontaż filtra i wymiana znajdującej się w nim zawiesiny na diesla. I silnik ruszył! Weszliśmy do mariny około 21-szej i okazało się, że wszystko w niej jest pozamykane na głucho. Ani toalet, ani pryszniców ani nawet możliwości podłączenia się do prądu. Zaproponowałem dalszą podróż do wcześniej wypatrzonej przeze mnie mariny, ale Tomkowie przekonali mnie, że tam pewnie jest tak samo, a tu na drzwiach do hafenmeistera jest informacja, że zaczyna on urzędować o siódmej rano, więc lepiej pozostać tu gdzie jesteśmy. Zgodziłem się (jak widać mam kłopoty z asertywnością :), i to był błąd. Bo o siódmej nikt się nie zjawił, a gdy pół godziny później zadzwoniłem na podany tam weekendowy telefon kontaktowy to się dowiedziałem, że hafenmeister przybędzie o ósmej. Nie przyszło mi do głowy zapytać, czy jak się zjawi, to prysznice zostaną otwarte… Do spotkania z hafenmeistrem doszło o wpół do dziewiątej i wówczas się dowiedzieliśmy, że wszystko jest już pozamykane na zimę, i że niestety nie będziemy tu mogli skorzystać z żadnych z przystaniowych wygód. Na pociechę dodał, że o 9-tej otwierają sklep jachtowy, który znajduje się na terenie tego samego obiektu co marina, czyli stoczni jachtowej w Laboe, i że tam są toalety. OK., zaczekaliśmy do 9-tej, skorzystaliśmy z toalet i doładowaliśmy w sklepie telefony (w nocy nawet do gniazdek nie było dostępu). A przy okazji porobiliśmy zakupy – dla Tomka i jego żony sklepy z ciuchami jachtowymi to jak sklepy z zabawkami dla dzieci… :-)

 

18:26, taziuta
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 22 listopada 2007
Część 4. Naprawa silnika w Cuxhaven i wejście do Kanału Kilońskiego.

/W końcówce poprzedniego wpisu poszedłem szukać pomocy, czyli kogoś kto mógłby nas wciągnąć do portu rybackiego. Niestety ograniczenia bloxa nie zezwalają na tworzenie dłuższych wpisów, i stąd konieczność ich dzielenia.../




Okazało się, że tego dnia szczęście nam sprzyja (poza zdechniętym silnikiem, oczywiście! :), bo przy tymże samym nabrzeżu, do którego przycumowaliśmy, a właściwie przy jego końcu od strony morza, znajduje się baza holowników morskich. Takie wielkie bydlęta, które pomagają wprowadzać statki do portu. Wszystkie z wymalowaną na kominach literą W, jak Wolf, czyli ich właściciel.


Poszedłem i grzecznie zapukałem do ich biura, w którym zastałem pana Wolfa, który mnie równie grzecznie wysłuchał, a następnie wskazał na dwa holowniki, które właśnie coś wciągały do tego samego basenu, przy którym my cumowaliśmy, i powiedział, że jak tylko skończą, to jeden z nich nas poholuje. Super! Wróciłem na łódkę, przy której stał już samochód jakiegoś gościa z kapitanatu portu, z którym Tomek  zdążył wrócić z objazdu portu rybackiego, celem znalezienia miejsca do cumowania, jak już ktoś nas wciągnie do środka. Pan z kapitanatu, jak usłyszał, że będzie nas wciągał holownik firmy pana Wolfa, to zapytał czy wiemy, że nas to będzie kosztować cholerne pieniądze. Odpowiedziałem mu, że o pieniądzach pomiędzy gentelmanami nie ma mowy, ale nie sądzę, żeby cokolwiek nas to miało kosztować, bo pan Wolf na pewno nie omieszkałby nas uprzedzić.

OK., gość odjechał, a za chwilę podjechał do nas swoim wypasionym mercedesem pan Wolf, który zainteresował się, na czym polega nasz problem. Wyjaśniłem mu, jak również to, że lokalny przedstawiciel Volvo Penta już zdążył się poddać, bo nie mają takich części zamiennych, ani technika, którego mógłby nam przysłać do pomocy w piątek po południu. I tu pan Wolf znowu okazał się być bardzo pomocnym, bo powiedział, że mają w pobliżu mechanika złotą rączkę, który naprawia wszystko, i że tak się składa, że będzie koło niego przejeżdżał więc mu o nas powie. Wyjaśnił mi też, gdzie jest warsztat tego mechanika, w razie gdyby się okazało, że sam go nie zastanie.

Czyli całkiem jak w bajce! :-)

Chwilę później podpłynął do nas holownik tak wielki, że ledwo się mieścił we wrota portu rybackiego, ale na szczęście się jednak zmieścił, i wciągnął nas do środka. I to nam wystarczyło. Zacumowaliśmy sobie do wskazanego przez kapitanat kutra rybackiego i poszliśmy szukać naszego obiecanego mechanika. To znaczy, ja poszedłem szukać mechanika, a Tomek prądu do podłączenia. W warsztacie powiedzieli mi, że już o nas wiedzą i że mechanik przyjdzie do nas o 16.00 (w piątek, w weekend!). Była 14.30, a więc przyszło nam poczekać tylko chwilę. Tomkowi jakaś życzliwa duszyczka pożyczyła przejściówkę do wtyczki (oni mieli gniazda 5-cio wtykowe, a nasze wtyczki miały po 2 lub 3 bolce) oraz zadzwoniła do portowego elektryka, który przyjechał po paru minutach i wyłudził od nas 50 EUR w zamian za włączenie bezpiecznika odpowiedniego gniazdka (pieniądze do rozliczenia za faktycznie zużyty prąd, jak będziemy wypływać).

Dwaj mechanicy przybyli o 16.03. Wysłuchali mojego opisu, wygłoszonego łamaną niemczyzną, jako, że panowie po angielsku ni w ząb, a następnie wypakowali z samochodu serwisowego torby z narzędziami i wanienkę do spuszczania paliwa i weszli na pokład. I od razu wzięli się za demontaż pompy. Po pół godziny mieli ją już rozebraną i stwierdzili, że uszkodzona jest membrana i zawór, i że zabierają pompę na warsztat. No to zabrali i pojechali. Powrócili ok. piętnaście po piątej, zamontowali pompę, odpowietrzyli system paliwowy i zrobili pierwsze podejście do uruchomienia silnika. A tu nic… No to się wzięli za odpowietrzanie wtryskiwaczy. Następnie drugie podejście, i znowu nic. No to przyszła pora na demontaż wtryskiwaczy. Okazały się być całkiem ok., no to znowu odpowietrzanie, i kolejne podejście z dopalaczem. Silnik ładnie zaskoczył, ale po paru obrotach znowu zdechł. Czyli tak samo jak około 12 godzin wcześniej…No to się wzięli za demontaż filtra paliwowego. Wyjęli wkład z puszki a zawartość wlali do wanienki. I ta zawartość okazała się być mieszaniną wody i diesla! I to chyba była ta główna przyczyna, dla której silnik nie chciał pracować. Bo po zainstalowaniu filtra i ponownym odpowietrzeniu systemu, silnik zagdakał jak nowy!

Technicy stwierdzili, że tu było kilka problemów jednocześnie, bo i pompa i zapowietrzenie i filtr z wodą. I że teraz powinniśmy sobie spokojnie na tym silniku popływać, ale przy najbliższej okazji trzeba osuszyć zbiorniki paliwowe. A dla mnie z tej lekcji wynika taka nauczka, że nie należy czekać zbyt długo z uzupełnianiem paliwa w
zbiorniku rozchodowym… :-)

W każdym razie, o 18.00 byliśmy gotowi do drogi, to znaczy bylibyśmy gotowi, gdyby nie to, że kapitan z żoną poszli na zakupy do pobliskiego reala. Jak wrócili to stwierdzili, że wszyscy jesteśmy zmęczeni (Tomek i ja nie spaliśmy całą poprzednią noc, w czasie żeglowania po Morzu Północnym) i że lepiej będzie poczekać do rana tu gdzie jesteśmy i ruszyć w drogę przed świtem. OK., przed świtem nam nie wyszło, bo elektryk zgodził się przyjechać najwcześniej o ósmej, ale już o 8.15 byliśmy z powrotem na Łabie w drodze do Brunsbuttel.

Nie była to najszczęśliwsza godzina, bo do prądu odpływu dołożył się prąd rzeki i mając prędkość (względem wody) około 6 węzłów (na silniku i na żaglach, w sumie), przesuwaliśmy się względem brzegu tylko od pół do półtora mili na godzinę… Sytuacja poprawiła się dopiero ok. 12-tej gdy nastąpiła zmiana kierunku pływów, i o piętnastej dotarliśmy do śluzy w Brunsbuttel, która akurat wpuszczała statki idące w tym samym kierunku co my. 


 



O 15.15 wpłynęliśmy do Kanału Kilońskiego. I fajno nam się płynęło, nawet po zmroku, dopóki nie napotkaliśmy jakichś nadgorliwych Niemców, na promie pływającym w poprzek kanału, którzy zadali sobie tyle trudu żeby zatrzymać prom na środku, zagradzając nam dalszą drogę, celem wyjaśnienia, że takim małym łodziom jak nasza nie wolno pływać nocą po kanale! Dwa kilometry dalej, 21 od Brunsbuttel, znajdowało się szczęśliwie (albo nieszczęśliwie) odpowiednie kotwicowisko, przy którym właśnie stoję i zdaję Wam niniejszą relację. I to by było na tyle, na dzisiaj.
Dobranoc! :-)



14:33, taziuta
Link Dodaj komentarz »
Część 3. Czwartek - Waddensee, a Piątek - Cuxhaven.

Jesteśmy na Waddensee! :-)

15.11.07, 11:34

 

Wszystko się dobrze skończyło. Opłacało się zaryzykować! Śluza była otwarta i wraz z wartkim nurtem wód opuszczających holenderskie śródlądzie, minęliśmy ją wczoraj około 10.30 rano. I już ok. 12.00 dopłynęliśmy do Lauwersoog. Tutaj zacumowaliśmy celem poczynienia różnorakich przygotowań do dalszej żeglugi. Takich jak oddanie zaoliwionych wód zęzowych, uzupełnienie wody pitnej, praca biurowa (zaległe maile), kąpiel, siusiu, itp.

 

 


A dzisiaj rano minęliśmy śluzę o 10.45 i teraz się bujamy na Waddensee, czyli takiej zatoce na Morzu Północnym. Na razie mamy słaby wiatr w pysk, przeciwny prąd, i wąski tor, i dlatego idziemy na silniku, ale wkrótce skręcimy na wschód i wówczas rozwiniemy żagle. Jutro mamy mieć 3-kę baksztagiem, to może rozwiniemy genakera?







Nie wiem czy dalej od lądu będzie zasięg komórki, więc niewykluczone, że będę mógł znowu coś napisać dopiero jutro po południu, gdy dotrzemy do Kanału Kilońskiego.
I to by były na tyle, na razie. :-)

Dzień piąty, czyli nocne pływanie po Morzu Płn :-)

17.11.07, 20:36

Wyszliśmy w czwartek z Lauwersoog na Wandenzee tuż przed jedenastą, czyli ciągle jeszcze przed szczytem wysokiej wody. Nie wyłączaliśmy silnika, bo nie szło ujść na samych żaglach, taki był prąd w kierunku lądu. A poza tym mieliśmy wiatr od dziobu przez kilka godzin, zanim nie wyszliśmy ponad Wyspy Fryzyjskie, i skręciliśmy w prawo. Tam się okazało, że wiatr zdechł więc nadal płynęliśmy na silniku. Dopiero około 19.00 można było zgasić silnik i kontynuować żeglugę na samych żaglach. Po północy wiatr wzrósł do 3-4, pełny baksztag, tak że momentami gnaliśmy sobie wesoło z falami, w tempie 7-8 węzłów, i już około 7-mej rano wpłynęliśmy w deltę Łaby. Wcześniej okazało się, że nasz super pilot ze zdalnym sterowaniem pożera mnóstwo prądu i praktycznie rozładował nam akumulatory. I dlatego, tak około 3-ciej nad ranem włączyliśmy silnik, żeby doładować baterie. A jak wpłynęliśmy do delty Łaby, to włączyliśmy bieg do przodu, żeby silnikiem wspomóc żagle, bo oczywiście, tym razem mieliśmy prąd od lądu... No i uznaliśmy, że chyba trzeba w końcu dolać paliwa do zbiornika rozchodowego, który mieści ok. 20 litrów, a który uzupełnialiśmy ostatnio w okolicach Dokkum. Dopompowaliśmy więc, ale chyba trochę za późno, bo parę minut później silnik wziął i zdechł…


Tomek, nasz kapitan wziął się za rozbieranie pompy paliwowej, bo wszystko wskazywało mu na to, że to coś z pompą. No to ją rozebrał, wyczyścił, złożył, zamontował z powrotem, a silnik nadal zdechły. Ta naprawa zabrała mu kilka godzin, które my, załoga wykorzystaliśmy na wpłynięcie na samych żaglach do Cuxhaven i telefoniczne (wcześniej internetowe) wyszukiwanie serwisu Volvo Penta. Serwis obiecał poszukać dla nas takiej pompy, nie dając jednak wielkiej nadziei, jako że nasz silnik ma 36 lat i nikt już do niego nie produkuje żadnych części zamiennych. Tomek wprowadził nas do awanportu starego portu rybackiego, do którego jednak nie mogliśmy wpłynąć na żaglach, bo wiatr wiał prosto od strony wrót wejściowych, a w awanporcie było za wąsko, żeby nabrać prędkości bejdewindem. No to przycumowaliśmy przed wrotami, do nabrzeża, które miało wysokości około 6 metrów  (przy wysokiej wodzie!). Wdrapałem się po stalowej drabince i poszedłem poszukać kogoś kto by nas mógł wciągnąć do portu rybackiego.



ciąg dalszy w następnym wpisie...


14:01, taziuta
Link Dodaj komentarz »
Część 2. Ciąg dalszy relacji z pierwszego rejsu SAM-a

Podział relacji wynika z ograniczeń wielkości pojedynczego wpisu. Sorki! :-)


13.11.07, 08:38  

Most się jednak wieczorem nie otworzył. Rano, skoro świt, ruszyliśmy szukać alternatywnego przejścia, ale okazało się ono być dla nas za płytkie (takiej nam w każdym razie, jak się później okazało nieprawdziwej, informacji udzielił jakiś niekompetentny urzędnik z ichniego magistratu zarządzającego mostami w prowincji Frizja). No więc wracamy pod Fonejachtbrug, który ponoć ma się otworzyć o 9-tej.
Zobaczymy...

13.11.07, 12:57 



W końcu nie otworzyli nam mostu Fonejachtbrug i musieliśmy zawrócić kilka kilometrów i wpłynąć w boczną drogę, gdzie były dwa mosty i prześliczna mała miejscowość, w której narobiliśmy mnóstwo zdjęć i nie zapłaciliśmy mostowemu 1,1 EUR. Nie zapłaciliśmy, bo tabliczka o opłacie była za mostem, a nie przed! (w każdym razie, tak byliśmy zafascynowani wspaniałymi widokami dookoła, przed mostem, że wówczas malutkiej tabliczki o opłacie nie zauważyliśmy…). Byliśmy w ruchu, bez przygotowanych drobnych i tylko mogliśmy przeprosić gościa, gdy podawał nam na wędce drewnianego holenderskiego chodaka, do którego powinniśmy byli uiścić opłatę... :-)

A teraz stoimy w środku Leeuwarden czekając na koniec przerwy na lunch lokalnego mostowego, któremu będziemy musieli zapłacić 6 EUR. Tym razem tabliczka jest (niestety) przed mostem. :-(

No to na razie!

Minęliśmy Leeuwarden i dalej płyniemy w nieznane...

13.11.07, 15:29

Ok. 14,25 minęliśmy ostatni z 11 mostów Leeuwarden i dalej płyniemy na własne ryzyko. Od rana jesteśmy wydarzeniem dnia lokalnego biura zajmującego się otwieraniem mostów. To jest to samo biuro, tyle że inna osoba, które wczoraj obiecało nam otwarcie mostu Fonejachtbrug o godz. 18.00, i nie otworzyło, a potem rano nam powiedziało, że mamy czekać do 9-tej, to nam otworzą, a około 10-tej, jak zaczęliśmy się skarżyć na to, że już drugi dzień stoimy przed mostem, który się nie chce otworzyć, nowa osoba kazała nam zawrócić kilka kilometrów i pojechać inną drogą. Tak zrobiliśmy, i dopłynęliśmy szczęśliwie do w/w Leeuwarden. Ale tutaj już nie posłuchaliśmy tego pana, który kazał nam płynąć na zachód do Harlingen, czyli na Morze Północne tuż nad IJsselmmer, nad którym leży Lelystad, z którego wyszliśmy w niedzielę...

Wbrew zaleceniom biura mostowego (które twierdzi, że przed nami śluza, która w tej chwili jest jeszcze otwarta ze względu na wysoki stan wody, ale która może zostać w każdej chwili zamknięta, i nie będzie wówczas obsługiwana z powodu jakiejś awarii) płyniemy dalej na wschód na własne ryzyko. Będziemy nocowali w Dokkum (jak dopłyniemy przez 17-tą, o której to porze przestają otwierać mosty) i rano zadzwonimy do naszego miłego pana z provinzamtu, który obiecał przygotować nam na ósmą (kiedy to zaczyna pracę) informację, czy śluza została w nocy zamknięta, czy nie. Jeśli będzie otwarta, to przed nami ok. 4 godzin i przywitamy się z Morzem Północnym na wysokości Waddenzee. Jeśli ją zamkną, to czeka nas powrót 2,5 dnia do wyżej wspomnianego Harlingen, skąd morzem do Waddenzee będziemy mieli następne 1,5 dnia... Innymi słowy, gramy o 4 dni! Jeśli przerżniemy, to będziemy musieli zostawić łódkę w marinie przy wejściu do Kanału Kilońskiego, bo mój kapitan musi wracać do pracy. Ja zresztą też. I wówczas będziemy kontynuowali naszą podróż w grudniu, bo wcześniej mamy poumawiane spotkania.

Ale to się wyjaśni dzisiaj wieczorem, lub jutro rano...
No to póki co! :-)

13.11.07, 23:18

Stoimy w Dokkum.




Porobiliśmy zakupy, bo skończył nam się polski chleb i piwo. Teraz będziemy jechali na holenderskiej wacie i Grolschu. A rano się wszystko wyjaśni.
Dobranoc! :-)



13:05, taziuta
Link Dodaj komentarz »
Część 1. Rejs jachtem SAM z Lelystad Holandia do Heiligenhaven Niemcy


Relacja spisywana i publikowana "na żywo" na forum PISMO.

Z Lelystad do Lemmer, czyli dzień 1-szy :-)


11.11.07, 21:43


Odkładaliśmy wyprawę od środy, ze względu na sztormową pogodę, aż w końcu przestaliśmy ją odkładać i najpierw w sobotę (10-go listopada) wypłynęliśmy z Lelystad na 2-godzinny rejs próbny (po którym to rejsie, i po wcześniejszych oględzinach na lądzie, surveyor stwierdził, że łódka, jak na swój wiek, jest ok., i że możemy nią płynąć do Polski), a następnie dzisiaj przed południem wyruszyliśmy w drogę do domu. Przed południem, zamiast rano, bo w nocy wiała nam minimum 9-ka. Staliśmy przycumowani przy pomoście i tak duło, że kilka razy wstawałem, żeby zabezpieczyć różne hałaśniki. A to fał grota, który stukał o maszt, a to rumpel steru, który tłukł w burtę, a to panele słoneczne, które też były przymocowane na słowo honoru. I na tym zeszło mi pół nocy i zaspałem... Nie tylko ja zresztą, bo tak samo zaspali mój kapitan i jego żona. Wstaliśmy przed 9-tą, następnie kąpiel i śniadanie z podgrzewanym w piekarniku gazowym chlebkiem pasterskim (mniami), i ani się obejrzeliśmy a była 11-ta.




W związku z utrzymującą się sztormową pogodą postanowiliśmy pójść drogą lądową. Tyle, że do wejścia do kanału musieliśmy przepłynąć ok. 28 mil z Lelystad do Lemmer.




Pod wiatr, który wiał z siłą od 5 do 7 w skali beauforta.


 


 

Płynęliśmy na samej genui, którą w zależności od siły wiatru zwijaliśmy lub rozwijaliśmy. Wsio taki, nie zdążyliśmy przez 17-tą, czyli godziną zamknięcia śluzy. Do Lemmer dotarliśmy dopiero przed 19-tą...
Nocujemy więc w marinie o wdzięcznej nazwie Friese Hoek, co by to nie znaczyło.

Zrobiłem świetne (mam nadzieję) zdjęcia, jak momentami płyniemy pod wodą. Jeśli wyszły, to może jutro znajdę czas żeby je wkleić do internetu. Na kanałach nie będzie tak wiało, więc jutro i pojutrze będzie raczej spokój. Poza wspaniałymi widokami i przerwami na zwiedzanie miasteczek na holenderskiej prowincji. Przed nami ok. 100 km drogi po kanałach, rzekach i jeziorach. I kilkanaście mostów, które będą się otwierały, żeby nas przepuścić. :-)

I to by było na tyle. A, i jeszcze jedno, jak się człowiek właściwie ubierze to nie ma problemu marznięcia na łodzi, nawet w sztormie. :-)


 

Dzień drugi z Lemmer do...

12.11.07, 16:25

Z żagli dzisiaj niestety były nici. Wiało tak samo jak na morzu. W końcu Holandia to płaski kraj i nie miało co wytłumić wiatru... Wstaliśmy przed siódmą i wyszliśmy przed ósmą. Ale trochę musieliśmy poczekać przed śluzą, bo mnóstwo barek płynęło w przeciwnym kierunku, i dlatego śluzę opuściliśmy dopiero ok. 10-tej.


 



 

Minęliśmy dzisiaj 5 mostów, które się pięknie na nasz widok same otwierały, ale szósty nie chciał. I właśnie przed nim cumujemy, czekając do osiemnastej, kiedy to ponoć go otworzą. Nazywa się Fonejachtbrug i są to właściwie dwa mosty, jako że nad głowami przelatuje nam autostrada. Ale po szóstej to już będzie ciemno i pewnie daleko
nie popłyniemy...


Widoki były rzeczywiście bardzo ciekawe, ale też przewidywalne: wiatraki, domki poniżej poziomu wody, prześliczne przystanie przy domkach, itd. Nuda! :-)

Poćwiczyliśmy pływanie na autopilocie z pilotem (zdalne sterowanie sterem, z pilotem na kabelku :) Działa ok., poza momentami mijanek z barkami, które odchylają wskazania pola magnetycznego i autopilot głupieje.
Czyli, i tak trzeba zachować czujność! :-)
I to by było na tyle, na razie!

11:14, taziuta
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4