RSS
czwartek, 01 marca 2007
Dzień trzeci - poczułem głód! ... :-)

Posiłki dnia trzeciego:

1. Śniadanie – kawa z 1 kostką cukru + grzanka

2. Lunch – plaster szynki + 2 jajka na twardo + sałata z oliwą

3. Obiad – szpinak z pomidorem + jabłko

Spadek wagi: 200 g.

Mniej niż poprzedniego dnia, ale to pewnie z braku basenu…

Poza tym dzień jak co dzień. Wieczorem wcześniej do łóżka, bo rano pociąg do W-wy, z którego dokonuję niniejszego wpisu. :-)

Z ciekawostek politycznych środy (na portalu GW) ucieszyła wiadomość (zło zostało napiętnowane! :-)    o plagiatach Elizy Michalik. Okazała się być głupią gęsią. To znaczy, teraz już wszyscy się mogli o tym przekonać, bo ja jakoś specjalnie jej intelektu i wcześniej nie ceniłem…

Potwierdziło się stare powiedzonko (za Urbanem), że prawicowe poglądy nie chadzają w parze z inteligencją. W tym wypadku – kradną tylko głupi ludzie pozbawieni wyobraźni…

Sensacją dnia były trzy różne naboje, które otrzymał Wódz – "Dla kota, dla twojej matki, dla ciebie". Komentarze różne ale raczej jajeczne, z wyjątkiem TVPiS, która potraktowała to śmiertelnie poważnie.

Kilka cytatów z postów na forum PiS w MO:

„TVP ma cenzurę! Zgrabnie stworzyli informacje na ten przebojowy temat. Wyszła im mega poważna sprawa. Życie prezydenta i jego matki jest zagrożone. Mamusia dostała ochronę i samochód, a o kocie świnie zapomnieli!”

 „Właśnie przed chwilą przeczytałam artykuł. Reakcja ludzi pokazuje, że premier nie ma żadnego autorytetu. Pomijam już to, czy ktoś zrobił mu kawał, czy to była prowokacja samego Kaczyńskiego, czy ktoś faktycznie chce go zabić. Źle się dzieje w państwie duńskim, w którym tego typu rewelacje wita się z uśmiechem politowania na twarzy.”

 „Prowokacja i to jaka. Który szanujący się zamachowiec uprzedza swoją ofiarę, że ma zamiar ją zabić. A Jadwigi Kaczyńskiej mi szkoda. Kot to kot, Jarek Wie, a ona boi się naprawdę.”

„Rodzi się legenda o kocie, który się kulom nie kłaniał.” :-)

Ze środowych ciekawostek to warto wspomnieć jeszcze o „ciemnych Polakach” wplecionych w słowa jakiejś piosenki w Szwecji. Nasi oficjele się oburzają, protestują, i chyba prawidłowo. Ale poza tym, to sprawa ta zasługuje chyba też na żartobliwe potraktowanie.

Mi się przy tej okazji przypomniała stara duńska anegdota z czasów podróży wolnocłowych, kiedy to Szwedzi masowo przyjeżdżali do Danii by się obkupić i opić tanim piwem:
"Pomóż utrzymać Danię w czystości - wskaż (pijanemu) Szwedowi drogę na prom!" :-)

Znajomy mówi, że „napisy w Kopenhadze (sam je widziałem daaaaaaaawno temu) były jedynie dowcipnym przetłumaczeniem szanty "What shall we do with the drunken sailor"...

 

07:34, taziuta
Link Dodaj komentarz »
środa, 28 lutego 2007
Dzień drugi - czyli lektura menu restaracyjnego zamiast śniadania

Posiłki dnia drugiego:
1. Śniadanie - kawa z jedną kostką cukru
2. Lunch – polędwica z indyka + jogurt bez cukru;
3. Duży befsztyk i sałata z oliwą i cytryną + jabłko.

  

Zacznę od notowań:

Waga ok. godz. 03.00 (pora wypuszczania na dwór któregoś z piesków, tj. tego który akurat zadrapie w drzwi):

- 1.200 g (słownie: minus tysiąc dwieście gram) w 24 godz.! :-)

Ładny spadek, ale po drodze był basen przed pracą (50 x 25 m w możliwie szybkim tempie).

W drodze z basenu do pracy (jechaliśmy z żoną jej samochodem, bo mój w warsztacie) usłyszeliśmy w TOK FM reklamę restauracji Rubikon, w której wspomniano o moim ulubionym winie Barolo, i podano adres ich strony internetowej. Połączyłem się więc szybko z palmtopa z tą stroną i zacząłem na głos czytać ichnie menu. Wystarczyło nam akurat na całą drogę do pracy, zamiast śniadania właściwego... :-)

Menu restauracji Rubikon 

Wczoraj Szef Kuchni polecał:
1. Krem czosnkowy
2. Ravioli sandaczowo-krewetkowe
3. Papardella z borowikami
4. Eskalopiki cielęce w sosie gorgondzola
5. Okoń morski z warzywami z grilla

Na pewno jesteście ciekawi, czy serwują również jagnięcinę?
Otóż tak! Serwują - Comber jagnięcy w pistacjach, i do popicia oczywiście Barolo! :-)

I pomyśleć, że mam być w Warszawie już jutro.
Za wcześnie! Dieta mi się skończy dopiero za półtora tygodnia... :-(

Po pracy pojechałem do warsztatu odebrać samochód. I już wiem dlaczego samochody winno się wymieniać co 3-4 lata. Mój ma ponad 5 lat i 200.000 tys. km przebiegu. Piątkowy przegląd (z wymianą tarcz hamulcowych i jakichś drobiazgów) kosztował 1.800 zł. Wtorkowa wymiana alternatora i jakichś drobiazgów kosztowała następne 1.800 zł. Przy tej okazji znaleźli mi następne usterki, do których zaproponowali zamówienie części i wymianę, w sumie za ponad 4.200 zł. Razem ponad 8.000 zł. Za te pieniądze kupiłbym sobie nowy stary samochód!...

A po południu, coby nie pić (alkoholu), nie jeść i nie spać, poszliśmy z wodą na film „Królowa”. Film jak film. Ale aktorka rzeczywiście b. dobra. Ubrana lepiej od oryginału, chociaż to żaden szczególny wyczyn...

Kolega Awersja stwierdził (na forum PiS w MO), że raczej poczeka na remake filmu "Matki królów" z panią Kaczyńską w roli tytułowej... :-)

I tak minął dzień…

07:23, taziuta
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 27 lutego 2007
Dieta kopenhaska - dzień pierwszy, czyli woda syci! :-)

Zacząłem wczoraj rano, zapomniawszy się najpierw zważyć, ale nie szkodzi, nadgoniłem to dzisiaj.
Dieta jest bardzo prosta - jak tylko poczujesz głód, łyknij szklankę wody!
Chodzi oczywiście o głód między posiłkami...

Posiłki dnia pierwszego:
1. Śniadanie - kawa z jedną kostką cukru i tyle wody na ile masz ochotę...
2. Lunch - brokuły gotowane + 2 jajka na twardo + pomidor;
3. Duży befsztyk i sałata z oliwą i cytryną.
I chwatit'!

Przekąski? - skolko ugodno, ale w postaci szklanki wody...
Alkohol, w dowolnej postaci? - za dwa tygodnie, jako że dieta trwa 13 dni.

Cel - oczyścić organizm, przy okazji trochę schudnąć, ale przede wszystkim odwyk od alkoholu. No bo jak człowiek wytrzyma przez 2 tygodnie, to chyba nie jest nałogiem? :-)

W moim przypadku to już chyba można nazwać tradycją. Podobną "katorgę" przeszedłem rok temu - straciłem wówczas ponad 6 kg. I tak trzymałem aż do Gwiazdki, czy do wielkiego żarcia, którego postaram się uniknąć w tym roku.

Jak na razie, w pierwszym dniu, w ogóle nie brakowało mi alkoholu. Natomiast ledwo wysiedziałem w pracy, tak mi było brak kawy. W zamian wypiłem ponad 2 litry wody mineralnej, co wraz z sutym lunchem uczyniło mnie ciut ociężałym.  W którymś momencie wziąłem się więc za zaległe robótki, co wiązało się z wyjazdem do Castoramy po jakieś drobiazgi, i jakoś wytrwałem do 16-tej...

Po pracy wsiadłem w samochód i zauważyłem, że nie ma ładowania akumulatora. Podjechałem więc do warsztatu i rzeczywiście, okazało się, że alternator wysiadł. W poniedziałek(!), a w piątek samochód był u nich na przeglądzie. Hmm, dziwne... Na szczęście mieli zapasowy (kolejny zbieg okoliczności? - zaczynam gadać jak pisior, ale trudno się oprzeć :-), więc do domu wróciłem taksówką. Jutro mi wymienią...

Na obiad pyszna polędwica wołowa, tzw. one minute steak i mnóstwo sałaty zielonej z oliwą i cytryną. I woda. A potem drzemka poobiednia, i znów woda. Później trochę TVN24 (TVPiS nie oglądam z przyczyn ode mnie niezależnych, tj. mam uczulenie...), trochę w necie, SK, dwie strony książki i nini... Acha, po drodze zdążyłem zadać na moim forum pytanie, czy pogonią Wildsteina, czy nie pogonią. I godzinę później był pogoniony. Teraz mnie proszą, żebym zadał pytanie, czy pogonią kaczki, czy nie pogonią...

Postanowiłem, że to opiszę. Ta dieta to żadna katorga, ale mam nadzieję, że prowadzenie zapisków pomoże mi dotrwać do końca...

Dzień drugi zacząłem wcześnie, tj. o 03.30, bo się wyspałem po południu. Moim pierwszym zajęciem w dniu dzisiejszym, poza pobuszowaniem po necie, będzie wyprawa na basen. Pływamy z żoną we wtorki, czwartki i soboty od siódmej do ósmej, przed pracą. A potem znowu cały dzień bez kawy (poza poranną przed basenem)...

04:37, taziuta
Link Dodaj komentarz »
piątek, 26 stycznia 2007
Upadek obyczajów wśród polityków i „niezależnych” dziennikarzy :-(

Jak sądzicie, kto jest winien tego co się w Polsce dzieje? Ten upadek obyczajów, ta nienawiść, ten brak szacunku dla prawa, ale i dla wszelkich już autorytetów? 

Stawiam tezę, że jest to praca zbiorowa, ale zaczęło się wszystko od:

1. Afery Rywina, gdzie winnymi są:

a) Rywin

b) ten kto go wysłał do Michnika

c) Michnik – GW winna była opublikować to natychmiast, zawiadamiając nie tylko Millera ale i prokuraturę, albo uznać, że Rywin to zwykła dupa (lub hucpiarz) nie negocjator /czyli przyjąć interpretację dla niego, ale i dla siebie, najkorzystniejszą/,  i nic nie robić.

2. Millera, który okazał się wyjątkowym dupkiem:

a) nie zrozumiał, że nie można dopuścić do powołania komisji sejmowej /ds. Rywina/ jeśli się w niej nie ma zapewnionej większości. A jeśli już taką komisję powoływać, to natychmiast zadbać o utworzenie większościowej koalicji w sejmie i w rezultacie w komisji…

b) najgorsze, że te dupki z SLD w ogóle nie uczyły się na błędach. Po katastrofalnych dla siebie doświadczeniach z komisją do sprawy Rywina, dopuścili do powstania 2 następnych, gdzie również byli w mniejszości /kaczki wyciągnęły właściwe wnioski i dlatego nie chcą teraz rządów mniejszościowych PiS. Opozycja nie może więc powołać komisji do rozwalcowywania rządzących.../ :-)

Takie były początki. Tak ruszała lawina, która zmiotła SLD ale i przy okazji dobre obyczaje w mediach i polityce…

Media i politycy uznali, że wszystkie chwyty, każda insynuacja jest dobra, byle tylko dokopać lewicy. A potem, jak już tej lewicy zabrakło (wylądowała na marginesie), język i chamskie obyczaje pozostały. Tylko że teraz prawicowe hieny gryzą się nawzajem…

 

12:21, taziuta
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 21 stycznia 2007
Opowieść o ryczących czterdziestkach :-)

Od razu uprzedzam, że nie jest to opowieść o rozwydrzonych czterdziestolatkach :-)

Tytuł pochodzi od nazwy wiatrów wiejących na południu kuli ziemskiej, poniżej 40 równoleżnika, które potrafią generować fale ok. 20 metrowe, a w porywach jeszcze większe.
Jak już wspominałem, na przełomie 1986/87 pływałem na tankowcu wożącym ropę z Zatoki Perskiej do Rep. Płd. Afryki. Pracowałem w maszynowni jako III mechanik, choć tak naprawdę to miałem obowiązki IV (którego nie było na tym statku). W każdym razie poza różnymi okazjonalnymi obowiązkami związanymi z remontami czy przeglądami eksploatacyjnymi różnych mi podległych urządzeń, podstawowym moim zadaniem na wachcie było pilnowanie równowagi ciśnień i temperatur kotłów oraz utrzymywanie zadanej/żądanej przez mostek prędkości statku. W normalnych warunkach pogodowych nie było to zbyt absorbujące zajęcie, bo ograniczało się do kontrolnego spoglądania na wskaźniki, jako że wszystkiego tego pilnowała automatyka.
Innymi słowy, zwykle nie miałem tam nic do roboty :-)

Co innego w czasie przejścia pod Afryką. Na szczęście nie każdego, ale w czasie jednego z nich trafiliśmy na wyjątkowo silny sztorm i fale, które bujały naszym 300 metrowym tankowcem (330.000 ton wyporności) jak kilkumetrową łódeczką. Pływałem wcześniej na mniejszych statkach na Zatoce Biskajskiej i tam też doświadczyłem podobnego miotania, ale nigdy bym nie podejrzewał, że 300 metrowy statek może stawać dęba! Nie wiem tak naprawdę, pod jakim kątem wdrapywał się na fale, czy z nich spadał, ale w mojej maszynowni efekt był taki, że automatyka zgłupiała, do szczętu.           I za sprzężenie zwrotne musiałem robić ja…

Żeby w pełni zrozumieć na czym polegał mój/nasz problem, koniecznych będzie kilka słów technicznego objaśnienia. Statek miał napęd turbo-parowy. Para o temperaturze ponad 500 stopni Celsjusza i ciśnieniu ok. 60 atm., kierowana była na łopatki turbiny napędzającej wał ze śrubą. Aby statek mógł płynąć naprzód i zachować sterowność, konieczne było stałe utrzymywanie w/w parametrów pary. Kocioł był opalany podgrzanym mazutem (nie zawsze kradzionym :-), który był wtryskiwany do przestrzeni spalania za pośrednictwem palników. Na co dzień palnikami sterowała automatyka, która je włączała lub wyłączała, w zależności od poziomu/równowagi wody i pary w kotle. Ale w czasie sztormu, kiedy poziom wody w kotle, w wyniku przechyłów przód/tył, skakał góra/dół jak wariat, żadna automatyka (ze swoją zwłoką w reakcji) nie była w stanie za nim nadążyć. Innymi słowy, palniki były wywalane przez czujniki…

A jak palniki nie palą, to ciśnienie pary leci na pysk, poziom wody w zbiorniku podnosi się i ogólnie robi się do dupy. Nawet w normalnych warunkach, a co dopiero w czasie sztormu, gdy płyniesz wzdłuż brzegu i jak utracisz sterowność to wylądujesz na skałach, jeśli się wcześniej nie przełamiesz na falach, bo wtedy wylądujesz na dnie!

I teraz wyobraźcie sobie biednego mechanika, z obłędem w oku stojącego w rozkroku przed pulpitem, na którym znajduje się kilkaset lampek, wskaźników, przycisków i pokręteł.
Wiecie co?! Tego nie da się opowiedzieć! Można go jedynie porównać do pianisty, którego dłonie przebiegają po klawiaturze (tj. po kilku na raz), nie ustając ani na chwilę. Ręczne (tj. na pulpicie) włączanie i wyłączanie palników, włączanie i wyłączanie różnych pomp, otwieranie i zamykanie zaworów, a wszystko to w reakcji na wskazania szalejących wskaźników. Z pełną świadomością, że jak się nie nadąży to statek stanie.
A jak stanie, to…

Tak wyglądało całe 4 godziny mojej pierwszej sztormowej wachty na tankowcu. Udało się wówczas i udało się za każdym następnym razem, ale wierzcie mi, że za tym pierwszym razem wyszedłem z wachty mokry! :-)

10:50, taziuta
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 11 stycznia 2007
Deubekizacja to namnażanie frustratów - wyborców PiS...

Jak się czyta takie teksty, to w pierwszym odruchu człowiek gotów się zgodzić:

"Re: Ujazdowski: Ustawa "antyubecka" to nie zemsta
Autor: wejsunek
Data: 11.01.07, 12:34 + dodaj do ulubionych wątków
--------------------------------------------------------------------------------
o 19 lat za późno i kolejność pomylona.... przez ostatni rok wychodziło na
to ,że gorsi byli ci którym ubecja załozyła teczki niż ci co je zakładali..
Ale po prawdzie też mi się scyzoryk w kieszeni otwiera jak ubecy mający po parę tysięcy emerytur porządnym ludziom dziś śmieją się w nos..."

Ale po zastanowieniu dochodzi do wniosku, że przecież PiS nie może być aż tak głupi żeby wierzyć, że uda im się "zdeubekizować" Polskę. W każdym razie tak długo, jak długo należymy do Unii Europejskiej...

No to o co chodzi, z tą deubekizacją? To proste! 

Najpierw (po 17 latach) rozbudza się lustracyjną histerię, a potem (na pozór logicznie, bo jak się powiedziało A, to teraz trzeba powiedzieć B) brnie się w tej głupawce dalej, żądając pociągnięcia do odpowiedzialności tych, którym TW donosili. Cynicy z PiS robią to z pełną świadomością, że niczego tu nie osiągną poza dodatkową frustracją obywateli z powodu niemożności zastosowania odpowiedzialności zbiorowej (tym którym można coś udowodnić przecież zakłada się sprawy, więc nie o nich tu chodzi).

Dodajmy, że zwykły ubek nie ma kilku tysięcy emerytury. Kilkutysięczne emerytury mają szefowie, czyli menedżerowie, a takim nigdy winy się nie udowodni, bo od brudnej roboty mieli pomocników. Innymi słowy histeria podbijana przez PiS do niczego poza zwiększeniem frustracji ludzi nie doprowadzi. I nie szkodzi, więcej, o to przecież chodzi! 

Bo to frustraci właśnie głosują na PiS! :-)

15:54, taziuta
Link Dodaj komentarz »
sobota, 30 grudnia 2006
Wojna w Sanatorium...

Opowiem Wam, tu bywałym, o wojnie w sanatorium. Co nazywam sanatorium, to już gdzieś wyjaśniałem, ale przypomnę jeszcze raz, tym mniej oczytanym. Otóż sanatorium nazywam statek/statki, na których pływałem w charakterze oficera mechanika. Mechanik, niezależnie od stopnia, ma (miał, za moich czasów) do pomocy od jednego do kilku motorzystów lub asystentów, czy dejmanów. A jak ma się dobrych ludzi i dobrze zorganizuje im pracę, to (będąc oficerem) nie musi się na statku robić praktycznie niczego. Poza nadzorem nad swoimi ludźmi, ale to przeca pryszcz, skoro są dobrzy i znają się na swojej robocie! :-)

I dlaczego jeszcze przyrównuję to do sanatorium? No bo ma się regularne
posiłki serwowane przez miłą obsługę, w czasie 4-ro godzinnej wachty się śpi lub czyta książkę, a następnie 8 godzin wolnego, w którym to czasie odsypia się wachtę lub czyta książkę, lub gra w szachy czy karty. Raz w tygodniu wypija się kilka drinków z innymi kuracjuszami, i tak w koło macieju… I nie zapominajmy o tym, że nie dość, że przy okazji zwiedzasz świat, to jeszcze ci za to płacą!

No więc spędziłem na morzu bite 48 miesięcy, czyli połowę z 96 miesięcy zatrudnienia w różnych flotach handlowych (drugą połowę tego czasu spędziłem na lądzie, głównie urlopując :). I mniej więcej w środku tego okresu wylądowałem na 300-metrowym norweskim tankowcu, który woził ropę z Zatoki Perskiej do RPA (wówczas jeszcze objętej sankcjami ONZ, sic!).


Był rok 1986, Wojna w Zatoce Perskiej w pełnym rozkwicie…
Walczyły ze sobą Irak i Iran. Między innymi w ten sposób, że (jak do kaczek) strzelały rakietami do tankowców wożących ropę przeciwnika.  Moi Norwegowie wozili ropę iracką i z różnych emiratów, do których armator odważył się nas posłać. Odważny człowiek, to był! Na pięć jego tankowców, cztery dostały rakietami…
Ja byłem na tym piątym. :-)


Pewnego razu armator wysłał nas do jakiegoś Kataru czy czegoś w tej podobie (była noc, a statek w pełnym zaciemnieniu, więc trudno było się zorientować :). W dzień chowaliśmy się wśród skał, udając jedną z nich, a w nocy, bez świateł, przemykaliśmy się tuż przy brzegu, cały czas myśląc, czy to dziś będzie ten dzień/noc?...


W każdym razie, wszystko się dobrze skończyło, ale z jakiejś przyczyny wpompowano nam tylko połowę naszej nośności czyli ok. 150.000 tys. ton, na 330.000 możliwych, i zawrócono do wejścia do Zatoki, na kotwicowisko przy jakiejś irańskiej wyspie, któej nazwy nie pomnę. Tam staliśmy około 2 tygodni, czekając na pozostały ładunek z wahadłowca (tacy kamikaze, którzy pływali w głąb zatoki i przywozili ropę takim jak my, „pod ochroną”, czekającym w bezpiecznej strefie). No więc staliśmy sobie w gronie kilkudziesięciu tankowców, wszystkie w pełnym oświetleniu, jak w jakim wesołym miasteczku, aż pewnego dnia, ok. 17-tej dostaliśmy polecenie podniesienia kotwicy i w drogę do RPA. Byliśmy ciut zdziwieni, no bo mamy tylko połowę ładunku, czekaliśmy 14 dni, czemu nie poczekać jeszcze trochę? No ale rozkaz to rozkaz.

Wypłynęliśmy poza zatokę i w wiadomościach o 22-giej usłyszeliśmy, że nasze kotwicowisko u ujścia Zatoki, na którym wszystkie statki czuły się tak bezpiecznie, zostało o 20-tej (3 godziny po naszym wyjściu stamtąd!) zaatakowane rakietami przez irackie Mirage, które po raz pierwszy doleciały tak daleko, dzięki małej pomocy Francuzów, którzy pomogli Irakijczykom rozwiązać problem tankowania w powietrzu.
Trafiono kilkanaście statków, z czego 2 zatonęły…

Od tego momentu wiedzieliśmy, że nasz armator musi mieć jakieś układy z
Irakijczykami. Natomiast nadal nie wiedzieliśmy dlaczego akurat nasz statek
(jeden z pięciu) był pod szczególną opieką tego dzielnego człowieka.


Dowiedziałem się o tym już po zakończeniu mojego kontraktu, z polskiej prasy.
Ale o tym opowiem przy innej okazji :-)

08:42, taziuta
Link Komentarze (3) »
Bush zawinił, Husajna powiesili...

A kiedy zostanie podobnie potraktowany pan Bush, któremu jego Bóg kazał napaść na Irak i obalić Husajna? Bo wiecie, mój Bóg mi mówi, że Husajn miał na sumieniu o wiele mniej istnień ludzkich niż p. Bush w Iraku, a więc nie powinien był zasłużyć na gorszy od niego los…

Wszystkim oburzonym naiwnym przypominam, że Husajn był OK. dla Stanów, dopóki jadł im z ręki. I jakoś jego zbrodnie wówczas jankesom nie przeszkadzały, tak jak im nie przeszkadzały zbrodnie Pinocheta, któremu pozwolono umrzeć we własnym łóżku. Bo dbał o interesy USA (i swoje, jak się teraz dowiadujemy).

Amerykanie popełnili zbrodniczy błąd napadając na Irak i detronizując Husajna. Teraz musieli go zabić, aby móc się wycofać. Nie mogli póki Husajn żył, no bo dopiero byłby to obciach dla USA, gdyby Irakijczycy przywrócili Husajna co władzy…

07:26, taziuta
Link Komentarze (9) »
wtorek, 12 grudnia 2006
Mój głos w sprawie 25 rocznicy wprowadzenia SW

Pinochet uczynił jedną dobrą rzecz w swoim życiu, jak dla mnie.  Umarł na 3 dni przed 25 rocznicą wprowadzenia Stanu Wojennego w Polsce. Dzięki temu aż się prosi o porównanie tych dwóch dyktatur. Widzimy, że Jaruzelski to aniołek w porównaniu do Pinocheta. I że samo porównywanie tych dwóch postaci jest de facto obrazą dla Jaruzelskiego, który jest prawdziwym patriotą, podczas gdy Pinochet to interesowny zbrodniarz...

Zamieściłem mój komentarz na forum Kraj GW. W pierwszym poście użyłem odrobinę niezręcznego sformułowania, na którą to niezręczność zwrócił mi uwagę jeden z moich przyjaciół, i dlatego tu je doprecyzuję.

Pisząc o ofiarach, które próbowały się postawić w Wujku, miałem na myśli ofiary Stanu Wojennego, które tam stawiły opór. Ofiary nie są oczywiście winne temu, że zginęły. Wg mnie winna jest Solidarność, która zmusiła Jaruzelskiego do ogłoszenia Stanu Wojennego...

Ponad połowa Polaków uważa, że dzięki SW uniknęliśmy wojny domowej i wielu tysięcy zabitych. Też tak uważam, i cieszę się że oszczercy, którzy nazywają Jaruzelskiego zdrajcą są w mniejszości! :-)

http://forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=28&w=53766799&s=0

20:56, taziuta
Link Komentarze (1) »
czwartek, 07 grudnia 2006
Założyłem forum PiS w MO :-)

Pełna nazwa nowego forum to Pory i Selery w Morskich Opowieściach.

Dopuszczalne skróty to PiS w MO lub PISMO.

Forum zostało zamknięte, jak zaczęły się na nim pojawiać nie zaproszone osobniki z FK. PiS w MO nie ma ambicji konkurowania z FK, ani z innymi forami, jeśli o to chodzi. :-)

Forum PISMO to miejsce gdzie można podyskutować na bieżące tematy, pobawić słowem, czy po prostu odprężyć po ciężkim dniu, a nie narażać na dodatkowy stres/ryzyko spotkania ludzi, którzy napadają Cię za bezdurno, bo im się nie podobają Twoje poglądy, lub opatrznie Cię zrozumieli, lub bo lubią napadać, dla napadania...

Na forum nie są wpuszczane osoby bez wielomiesięcznej historii wpisów na forach GW. Innymi słowy, osoby których poglądów i stylu, ani poczucia (rodzaju) humoru nie mamy jak zweryfikować.

Wstęp tylko za zaproszeniem:

http://forum.gazeta.pl/forum/71,1.html?f=44771

00:10, taziuta
Link Komentarze (1) »